RSS
czwartek, 10 maja 2012
[']['][']

Dawno mnie tu nie było, ale dziś swieczuszkę muszę zapalić. Mam nadzieję, że Asia się nie pogniewa...

To za Tatę naszej kochanej Brommby, naszej wspaniałej koleżanki blogowej, bliskiej koleżanki w realnym życiu, która od jakiegoś czasu pisała o chorobie Taty. Tata odszedł wczoraj, w sobotę pogrzeb. Będziemy tam z Bromm. 

W obliczu takiej tragedii, słow brak. Trzymaj się kochana Brommbo, jesteśmy obok, myślami jesteśmy razem z Tobą, każda z nas z osoba i wszystkie razem oddałybyśmy wszystko, by Ci pomóc, ulżyć, zrobić cokolwiek...

[']['][']

 

22:20, fischerwoman
Link Komentarze (8) »
niedziela, 25 marca 2012
Przymusowe dopieszczenie :)

Na urodziny dostałam od sąsiadów karnet do krainy spa :) Oczywiście tak długo odwlekałam z zafundowaniem sobie przyjmności, że o włos a zaproszenie by przepadło.

Pomimo choroby Bartka, pomimo choroby R., pomimo obecności u nas mojej Mamy, pomimo popołudniowych zajęć na uczelni, pojechałam w piątek wieczorem na peeeling i masaż.

Miejsce niepozorne, niemal ukryte pomiędzy gabinetem rehabilitacyjnym a indyjską restauracją na Malcie. Przyjechałam nieoczekiwanie za wcześnie, musiałam poczekać 45 minut, ale zrobiłam sobie spacer nad wodą, chłonąc pierwszy wiosenny zachód słońca :)

Gapa ze mnie, bo nie zapytałam czy zabrać klapki (gdziekoliwek byłam, zawsze dostawałam wraz z ręcznikiem jednorazowe japonki). A tu był zgrzyt. Mogę się jeszcze doczepić do jednej kwestii - z szatni przechodziłam do gabinetu przez wspólną część dla saunowiczów i niestety, ale widok totalnie nagich panów w różnym wieku niemiłosiernie mnie krępował. Chyba tak nie powinno być, czy się mylę?

Kiedy już zaległam na łóżku stwierdziłam, że sama nie rozumiem, dlaczego mi było tak trudno umówić się na takie przyjemności i że powinny one spotykać kobietę przynajmniej raz na kwartał. A kiedy dowiedziałam się od masażystki, że jej klientami są zazwyczaj panowie (bo oni nawet w ciągu dnia wpadają na pół godzinki sauny i pół godzinki masażu), to obiecałam sobie fundować przynajmniej peeling częściej niż raz na parę lat (chodzi mi o taki peeling w spa). 

Najpierw dość mocny borowinowo-solny peeling oczyścił moje ciało, ciepły prysznic zmył sól, to już masaż całego ciała ciepłą oliwką to było to, czego potrzebowałam najbardziej. Było mi tak dobrze, że z lekka przysypiałam, relaksacyjna muzyka prznosiła myśli w miejsca szczęśliwe i zanim się obejrzałam, a minęły 2 godziny :)

Do domu wróciłam zrelaksowana i odprężona :) Mam dobrze, bo do końca czerwca muszę wykorzystać kolejny karnet (prezent świąteczny od R.) i tym razem nie będę tego odkładała w nieskończoność :)

Jak jeszcze dodam, że dzisiaj spędziłam 3 godziny na wiosennym acz spokojnym sprzątaniu rabaty kwiatowej, ganianiu z Bartkiem i walką na kijki, że dotleniłam się, zmusiłam ciało do ogródkowej gimnastyki, to jest mi dobrze :)

17:15, fischerwoman
Link Komentarze (11) »
piątek, 16 marca 2012
Częściej nie daję rady tu być.

Od niedzieli  Bartek chory – wirusowe zapalenie oskrzeli – wysoka temperatura, rzężący kaszel, zatkany nos, olbrzymie trudności z oddychaniem :( We wtorek podaliśmy antybiotyk przepisany w poniedziałek przez pediatrę na wypadek, gdyby nie udało nam się zbić temperatury (utrzymywała się 3 dni ok.39st.C i dopiero antybiotyk zadziałał). R. został w domu od poniedziałku do środy, ja już we wtorek poszłam szczerze zapytać szefową, czy mogłabym iść na zwolnienie w czwartek i piątek (R. musiał wracać do pracy). Zgodziła się bez mrugnięcia okiem, powiedziała nawet, że gdybym potrzebowała dłużej, mam się nie oglądać na nową pracę – dziecko najważniejsze :) A słyszałam, że kobieta szef to horror ;) Za 2 tygodnie mam rozmowę na temat mojego osobistego rozwoju w pracy, celów mi postawionych, mam nadzieję, że nie usłyszę niczego na temat chodzenia na L-4 na chore dziecko….

Wczoraj zadzwoniłam do mojej Mamy z prośbą o przyjazd do nas na cały przyszły tydzień. Nie mogę jeszcze puścić Bartka do przedszkola. Mama już wczoraj kupiła bilet, już się pakuje, jechać 300km do dzieci i wnuka, to dla Niej nie problem J Obgadałam z Bartkiem temat przyjazdu Babci, trochę kręci nosem, ale woli zostać w domu z Babcią niż iść do przedszkola :) Podejrzewam, że w poniedziałek będą małe problemy, ale Mama da sobie radę, w końcu wychowała 3 dzieci a i Bartek szybko łapie z Babcią dobry kontakt :)

W pracy przyswajam taką ilość informacji, że wieczorem nie mogę zasnąć, mam opuchnięty mózg ;) Mam 3 miesiące na wdrożenie, a potem nieśmiało zacznę stawiać samodzielne kroki. Angażuję się mocno, by dowiedzieć się jak najwięcej, ale nie ma zostawania po godzinach, zresztą nikt nie zostaje, szefowa też leci do córci i męża :) I już mamy wypisywać wnioski urlopowe na weekend a właściwie tydzień majowy, fabryka stoi, hurrra! Chyba nie pisałam o tym, że my już od stycznia mamy wpłaconą zaliczkę na wakacyjny pobyt nad polskim morzem – pierwszy raz pojedziemy do Dźwirzyna.  Nie chce nam się jechać gdzieś daleko za granicę, lubimy polskie morze,więc wykupiliśmy luksusowy tydzień w super hotelu, mnóstwo atrakcji dla dzieci i tych na powietrzu i w zadaszonych salach na wypadek niepogody, nawet jest kino hotelowe, o hotelowej plaży nie wspomnę. :) Wpłaciliśmy zaliczkę wiedząc, że możemy ją odzyskać nawet 30 dni przed przyjazdem, więc podjęliśmy ryzyko, na wypadek gdybym mogła w tym roku zapomnieć o letnim urlopie. Na szczęście mam już  wpisany w grafik mój letni urlop,co prawda tydzień szybciej niż planowaliśmy, ale i w hotelu udało nam się przełożyć rezerwację o tydzień, więc wszystko gra :) Po morzu ruszamy wzdłuż wybrzeża, odwiedzamy ukochane Trójmiasto, lądujemy u siostry i resztę urlopu spędzamy z moją rodziną :) A potem Mama znowu przyjeżdża do nas, tym razem na 2 tygodnie, bo do końca sierpnia placówka będzie zamknięta. Jakoś się to wszystko układa w logiczną i niestresującą całość :) Najbardziej się cieszę, że mogę liczyć na moich Rodziców, że dla nich odległość nie jest problemem, choć muszę brać pod uwagę, że mają własne życie, plany i nie ma szans, że będą „na każdy gwizdek”.

Zanim się obejrzałam, w kuchni przekwitły mi hiacynty, już pora wyjść do ogrodu, oszacować pozimowe straty, zająć się trawnikiem, powoli myśleć o nowych sadzonkach. W tym roku wracam do petunii w skrzynkach, najwyżej zabiorę je nad morze, by mi nie zmarniały ;) Sąsiedzi  mi je podlewają, ale nie uszczkną przekwitniętych kwiatków, o odżywce zapomną, więc efekt po 2 tygodniach jest dość marny.  Przed chwilą wyszłam nakarmić ptaki, jest cudnie ciepło, wystawiłam twarz do słońca, wiosna już nie puka, wiosna już jest. Wyciągnęłam dziś Bartka na krótko do ogrodu, nie wieje, niech chłopak powdycha świeżego powietrza, na pewno dobrze mu w tej chorobie zrobi :)nawet rower wyjeliśmy, pierwsze rundy dookoła domu zaliczone :) Ciekawe czy sprawdzi się weekendowa prognoza pogody???

Z dobrych „szwagrowych” wieści – potwierdziła się zgodność szpiku szwagra i jego brata, więc obaj panowie przechodzą jeszcze jakieś  badania i 2 kwietnia obaj lądują w szpitalu. 11 i 12 kwietnia szwagier ma przeszczep a potem 6 tygodni w totalnej izolacji. Ale może mieć nowe książki (żadne z biblioteki), zdezynfekowanego laptopa, MP3, telefon. Będziemy się kontaktować przez Skyp’a, telefon, mówi, że da radę :) Pewnie, że da radę!

Jutro jadę na spotkanie z kumpelami z byłej firmy, z pięcioosobowego grona aż trzy z nas tam nie pracują, ale spotkania utrzymujemy od kilku lat :) Zapowiada się babskie sobotnie popołudnie :)

Słonecznego weekendu!

14:44, fischerwoman
Link Komentarze (7) »
piątek, 02 marca 2012
Pełna wrażeń.

Dwa dni w nowej firmie i padam z nóg. Szkolenia wstępne BHP, bezpieczeństwa, IT, dużo na temat rozwoju pracowniczego, świadczeń, wynagrodzeń, bonusów a potem randez vous po części produkcyjnej. Na razie, bo dalej mnie czeka wycieczka po reszcie firmy,a jest po czym chodzić. Podoba mi się. Po krótce wiem,co mi wolno a czego nie. Dziś dostałam identyfikator, który otwiera wiele drzwi, choć nie wszystkie.  Wrażeń mnóstwo, trochę czasu mi zajmie samo poznanie ludzi z najbliższego grona, wdrożenie i wsiąknięcie w korporacyjne klimaty. Nie dziwię się, że firma notuje niski poziom rotacji pracowników, bo naprawdę zapewnia pracownikowi opiekę, wsparcie, mentora, trenera, by czuł się ważną cząstką firmy i nie miał poczucia, że jest skazany sam na siebie a z drugiej, takie podejście do pracownika wyciąga z niego co najlepsze a przede wszystkim zapewnia lojalność. Naprawdę odnoszę wrażenie, że ludzie utożsamiają się z wizją firmy, że każdy jest tam po coś, choć jest zaledwie trybikiem w olbrzymiej maszynie. Wiem coś jeszcze, są świeżo po rocznej premii, może stąd ten hurraoptymizm? Pokochałam firmową stołówkę za pyszne jedzenie i ceny z kosmosu – herbata 0,40zł, kawa 2,50zł, obiad 7zł, bułeczka z szyneczką, serem, warzywami 2zł itd.(jedzonko dofinansowane przez firmę). Ludzie, których spotkałam mili, traktujący mnie jako przyszłe wsparcie dla zespołu a nie kolejną nową, którą trzeba przeszkolić (1 marca w grupie „świeżynek” było nas  15 osób do kilku działów, to się nazywa grupowe rozpoczynanie pracy! ). Jestem dobrej myśli :)

Na polu zdrowia walczę z tarczycą. Mam zdiagnozowaną chorobę Gravesa-Basedowa, dostałam leki, za tydzień muszę zrobić badanie krwi i sprawdzić leukocyty. Jeśli będzie ok., wizyta u endokrynologa za 5-6 tygodni, jeśli nie będzie ok., mam biegusiem trafić do lekarza. W środę byłam u okulistki, mam zmiany tarczycowe w lewym oku (gorzej widzę, słabo mi się oko zamyka, rano jest zapuchnięte),ale leki powinny pomóc. Za 6 miesięcy kolejna kontrola, muszę być pod stałą opieką i endokrynologa i okulisty.

W domu nadal chaos. Nie mam siły na sprzątanie. Tarczyca wysysa ze mnie siły. Normalnie byłoby już na błysk, po pracy nie mam ochoty kiwnąć palcem, wczesnym wieczorem biorę prysznic i kładę się do łóżka. Liczę na popchnięcie tematu jutro, choć nie czuję ciśnienia, oby do Wielkanocy się wyrobić ;)

Jutro jedziemy do teścia na urodziny. Robię to tylko dla R. odegram szczere życzenia, zabiorę głos w rozmowie i poderwę chłopaków do domu. No nie stać mnie na więcej i już. W tym temacie skapitulowałam i starać się nie będę. Nawet przestaje mnie to boleć, bo przestaje mi zależeć na częstszych kontaktach z teściami, niż obowiązkowe urodziny i imieniny. 

Za oknem przedwiośnie. za chwilę wyjdę do ogrodu przeczesać trawnik, obejrzeć rośliny, kilka strat już zanotowałam :( Bartek wrócił do przedszkola, cieszę się, że za moment będa wychodzili na plac zabaw, to i czas mu szybciej zleci w placówce. W kółko gada, że lubi dom, że on by chciał w nim sam zostać, i czas spędzony z dziećmi w przedszkolu w ogóle do niego nie przemawia. Zresztą Bartek gada na okrągło, z czego się cieszę, bo wreszcie się rozkręcił :) Martwię się, że ostatnio zanotowano w placówce kilka przypadków ospy, modlę się, by dzieć jej nie przywlókł do domu, bo będe musiała ściągnąć mamę do opieki nad wnukiem.

I tak się jakoś kulamy :)

20:53, fischerwoman
Link Komentarze (12) »
piątek, 10 lutego 2012
Co w trawie piszczy.

Wczoraj Świat pożegnał Wisławę Szymborską. Spodobało mi się, że zażądała świeckiego pogrzebu. Dla mnie to najbliższa sercu poetka. Myślę, że jest już po pierwszej kawce i papierosku z ukochaną Ellą Fitzgerald :) „Nic niby tu nie zmienione a jednak pozamieniane”.... [‘][‘][‘]

 Wielcy odchodzą a malutcy toczą swoje życie dalej.

 Wyjazd:

Długi weekend u siostry dodał mi energii i uspokoił. Nagadałam i naśmiałam się z siostrą, szwagrem, dwukrotnie odwiedziłam rodziców, wpałaszowałam przepyszny niedzielny maminy obiadek :) Bartek spędził trochę czasu z dziadkami, jednak u moich rodziców zachowuje się na luzie, wygłupia z dziadkiem, jeździ u babci na barana, śmieje się, mówi, choć widzi ich średnio co kilka miesięcy :) U szwagra widzę zmianę nie tylko jego fizyczności, ale i potrzeby bliskości. A. zawsze był na dystans, nielubiący powitań/pożegnań w stylu 3 buziaczki w policzek, teraz żegna się, podając rękę i przytulając się. Oboje wiemy, że może było to nasze ostatnie spotkanie w tym roku. A. czeka na przeszczep szpiku, miesiąc izolatki a potem kto wie, mówi się nawet o rocznym unikaniu kontaktów z dalszą rodziną, znajomymi. Trzeba będzie na Niego chuchać i dmuchać. Chemia więcej nie zdziała, pod koniec lutego A. ma spotkanie z transplantologiem, następnie do badań na zgodność szpiku pójdą Jego siostra i brat, będziemy kilka dni czekali na ich wyniki. Modlę się już teraz, by szpik rodzeństwa pasował. Jeśli nie, będziemy szukać po całym świecie, nie poddamy się.

 Akcja społeczna:

Nawiązałam wspaniały kontakt z panią Ewą Majkowską z DKMS. Siostra u siebie (w marcu) a ja tutaj (chyba w kwietniu) angażujemy się w propagowanie rejestracji w Bazie Dawców Komórek Macierzystych. Doda rozpętała akcję dla Nergala, jemu się udało znaleźć dawcę, nie wiemy jak będzie z A., zresztą nieważne, czuję że muszę, że chcę, że warto, że codziennie ktoś/gdzieś potrzebuje szpiku. Wejdźcie, poczytajcie, rejestrujcie się! http://www.dkms.pl/choose.html

Praca:

W firmie ostatnie 2 tygodnie. Kolega nazwał mnie „torpedą”, pracuję intensywnie, by zostawić po sobie jak najwięcej załatwionych spraw :) Dumam nad urlopem, zostało mi 5 dni, chciałam wziąć ostatnie dni lutego, ale wczoraj pani dyrektor zapowiedziała, że z powodu ferii nie wiadomo, jak Bartek da sobie rade w grupach dyżurnych z innymi dziećmi, z innymi paniami i w innych salach. Zobaczymy, umówiłam się z przedszkolanką, że gdyby coś się działo, mają zadzwonić i będziemy dumać. Nie chcę brac urlopu w ferie, bo w domu remont, R. nie może wziąć wolnego, więc musielibyśmy siedzieć w tym chałasie i pyle.

 Dom:

W domu remont na całego. Zmieniamy instalację kominka na taką z płaszczem wodnym. Fachowcy rozebrali sufity podwieszane, rozbiliśmy cała obudowę kominka, wygładzamy ściany. Salon wygląda jak z 2005 roku, kiedy kładliśmy w nim tynki. Cały ubiegły piątek przenosiliśmy się na górę. Mieszkamy na kupie w dwóch pokojach. Dobrze, że mamy drugą łazienkę :) Kuchnia na dole zamknięta, przykryta, więc nasze obiady to wszystko to, co można podgrzać w mikrofali. Bratek stołuje się w przedszkolu, w domu zjada tylko kolacje. W weekendy jadamy w restauracjach :) Jeszcze jakieś 2 tygodnie i wracamy na dół, już tęsknie za sypialnią, garderobą, porządkiem. Czeka mnie mega sprzątanie, nie chce mi się, jakoś nie mam ducha do porządków :(

Zdrowie:

Wczoraj po raz pierwszy byliśmy z Bartkiem u laryngologa. Takiego podejścia lekarza do dziecka nie widziałam :) Pan doktor rozmawiał z Bartkiem, wypytywał co lubi, kim będzie w przyszłości a przy okazji (na kolanach taty) zbadał mu dokładnie uszy, nos i gardło. O to gardło bałam się najbardziej, bo Bart tego nie lubi, ma silny odruch wymiotny a my podejrzewaliśmy powiększony trzeci migdał. Po badaniu pan doktor pogratulował Bartkowi odwagi, uścisnął mu dłoń a na koniec odetkał lewe uszko (ma takie specjalne urządzenie). Wszystko odbyło się w spokoju, bezboleśnie. Niestety, trzeci migdał większy już nie może być (stąd Bartek chrapie i ma ciągle zatkany nos). Musimy zrobić wymaz z gardła, badanie krwi, lekarz wypisał leki. Jeśli okaże się, że wymaz jest bakteryjny, idziemy do pediatry po antybiotyk i spotykamy się z laryngologiem 1,5 miesiąca od zakończenia antybiotyku. Na razie doktor stawia na możliwość obkurczenia się migdała, jeśli się okaże, że nadal jest taki duży, że leki nie pomogły, będzie mowa o wycinaniu. Na razie trzymamy się wersji leczenia.

 A u mnie nadczynność tarczycy :( czekam do 20 lutego, by na marzec zapisać się (prywatnie!!!) do dobrego endokrynologa. Przynajmniej wiem, skąd u mnie kołatanie serca, chroniczne zmęczenie, spadek wagi, trzęsące się ręce i wypadające garściami włosy. Wystarczyło jedno badanie i wszystko wiadomo. Sypię się babki, sypię...

 Uczelnia:

Jeszcze mi nie przeszła ochota na moje studia podyplomowe :) na ZZL mam naprawdę ciekawe przedmioty, z przyjemnością na nie chodzę, choć sobota i piątkowy wieczór (co drugi tydzień) uciekają. Wybrałam sobie promotora pracy podyplomowej, będę pisała na temat kierowania zespołem :)

Aura:

Za oknem prawdziwa biała i mroźna zima, ślizgawica. Wczoraj jechałam 45 km prawie 3 godziny.oczywiście spóźniłam się do pracy. Dzis usłyszałam w radiu, że w przyszłą środę znowu intensywnie popada. Dla dzieci wspaniale, dla kierowców niekoniecznie. Oby do wiosny!

Miłego weekendu!

09:00, fischerwoman
Link Komentarze (11) »
wtorek, 31 stycznia 2012
Odkurzanie małżeństwa.

Gdzieś tam ostatnio napisałam w komentarzu (i nawet zrobiłam szkic wpisu, którego nie miałam sił opublikować) a mafijnym babeczkom wspomniałam o pewnych zawirowaniach w  moim sercu w związku z małżeństwem.

Pewnego dnia dopadła mnie smutna refleksja, że wszystko już mamy za sobą, że ogień mocno przygasł i skrzydła opadły po obu stronach. Była rozmowa z R., łzy, postanowienia, by się przyjrzeć i postarać. Słowa Brommby dały mi do myślenia, fakt, że na głos wyartykułowałam swoje wątpliwości, sprecyzowałam je, w pewnym sensie przeraziły mnie, ale też zmobilizowały do tego, by nie odpuścić :)

A wiecie, co mnie najbardziej postawiło do pionu? W życiu bym się nie spodziewała... W sobotę (na uczelni) ukradkiem przeleciałam wzrokiem artykuł w poczytnej gazetce o wielkiej miłości Piotra Adamczyka i Kate Rozz. I kiedy tak czytałam, fale gorąca mnie zalewały, bo wspomnienia sprzed 11 lat wróciły. Artykuł skojarzył mi się z nami, przypomniał podobne sytuacje, szalone przyjazdy R. do mnie do Gdyni z ciepłymi bułeczkami na śniadanie, pełną mobilizację, kiedy skończyła mi się umowa i firma jej nie przedłużyła a mnie grunt usunął się spod nóg, łapanie każdej chwili z tych weekendowych dni, wszak byliśmy parą na odległość, potrzebę by ciągle być razem, obok siebie, na sobie ;), potrzebę którą przeprowadziłam do P. razem ze swoimi rzeczami oraz przeświadczenie, że jesteśmy dla siebie pisani. I zdałam sobie sprawę, że ogień nie przygasł, tylko pokrył go kurz, że trzeba trochę posprzątać, odświeżyć, włożyć odrobinę wysiłku. Widzę, że oboje się staramy i czuję, że to, co robimy, jest tym, czego potrzebujemy.

Powoli wstępuje we mnie spokój, że będzie dobrze :)

10:06, fischerwoman
Link Komentarze (10) »
sobota, 21 stycznia 2012
Porażka.

Wczorajszy przedszkolny Dzień Babci i Dziadka był porażką dla teściów.  Dzieci przygotowały układy taneczne do kilku piosenek, były laurki i wazoniki ręcznie ozdobione przez dzieci. I jak pierwszy taniec  Bartek zniósł mężnie, bo tańczył, coś tam śpiewał, to w drugiej i trzeciej piosence stwierdził, że jest za głośno, wycofał się z grupy, zatkał uszy i tak przeczekał do końca występów. Kiedy przyszło do wręczenia babciom i dziadkom laurek, Bartek nie chciał podejść do babci, odwracał się od niej i w ogóle nie cieszył, że jest. Ustalone było, że rodzice nie przyjeżdżają na tę uroczystość, że po uroczystości dziadkowie mogą zabrać wnuczęta do siebie (dzieci są tak podekscytowane, że nie ma mowy, by zostały w przedszkolu) a jak nie, dzieci mogą zostać w przedszkolu.

Teściowie mieli bardzo dużo chęci, by Bartka zabrać do siebie, R. dzień wcześniej podwiózł im fotelik samochodowy i nawet chcieli przywieźć wnuka do domu. Ja rozmawiałam o tym z Bartkiem w domu, tłumaczyłam, zachęcałam, wielkiego optymizmu nie było, kilka razy nawet powiedział, że nie chce, ale mieliśmy cichą nadzieję, że w ferworze tego święta, jednak z teściami pójdzie.  Niestety. Bartek nie pozwolił dziadom się dotknąć, nie było mowy o tym, by razem wyszli. Zaczął płakać. Sprawę ratowała pani Basia, który tuleniem i odpowiednim podejściem wyciszyła Bartka. Teściowie stali jak słupy soli, teściowa zanosiła się od płaczu. Było jej przykro. Teść zadzwonił, bym przyjechała odebrać syna (tak się wcześniej umówiliśmy, że w razie problemów, nie zostawiam Bartka w placówce, tylko po niego przyjeżdżam). Reszta dzieci wymaszerowała z dziadkami do domu. W 20 minut byłam w przedszkolu, na początek musiałam uspokoić  płaczącą teściową, bo Bartek już spokojny, siedział wtulony w panią Basię.

Przy wyjściu usłyszałam komentarz od teścia o nieodciętej pępowinie. Zacisnęłam tylko zęby.

Zaprosiłam teściów do siebie na kawę, posiedzieliśmy  godzinkę, teść wyłgał się jakimiś zakupami, choć widziałam, że teściowa posiedziałaby jeszcze trochę. Podczas kawy teściowa podejmowała temat, dlaczego Bartek się ich boi, dlaczego jest taki niechętny wobec nich, próbowała nawet proponować, by teść  przyjeżdżał odbierać  Bartka z nami, by ten oswoił się z faktem, że dziadek go również odbiera z przedszkola. Teść nie pod jął tej rozmowy, siedział i milczał. Równie dobrze mogę wykreślić ich z upoważnienia w przedszkolu, Bartek  z nimi nie wyjdzie.

Teraz przykro jest mi, R., teściowej. Mam wrażenie, że tylko teść ma to w głębokim poważaniu. Jest jak stal, chłodny i obojętny. We mnie i R. się zbiera jad, kiedyś nie utrzymam języka za zębami, ale wtedy powiem wszystko to, co mi leży na wątrobie i o wspólnych uroczystościach z nimi będę mogła zapomnieć.

Ja mam po prostu dosyć tych relacji z nimi, z tym biernym podejściem do wnuka i patrzeniem na niego jak na dziwoląga. To jest wnuczek, którego oni się wstydzą. Mało mówi, szybko się irytuje, jest uparty – takiego go znają, bo nie chcą poznać jego innej strony. To nie jest wnuczek, którym można pochwalić się przed sąsiadami, taki który śpiewa, tańczy, recytuje. Tylko, że z drugiej strony publicznie aż ćwierkają i udają, cudownie grają przed obcymi wspaniałych dziadków zainteresowanych swoim wnukiem.

Jestem na nich cięta, bardziej na teścia, choć teściowa jest kompletnie podporządkowana swojemu mężowi. Nie wiem, co w takiej sytuacji robić? Odpuścić sobie, czy proponować teściom jakieś rozwiązania, tylko, że ich trzeba prosić a mnie już prośba, po kilku odmowach, nie przechodzi przez gardło….

11:02, fischerwoman
Link Komentarze (12) »
wtorek, 17 stycznia 2012
Zbieram się w sobie.

Powtórna angina odpuszcza. Dziś zrobiłam wymazy z gardła i nosa, laryngologowi wydaje się podejrzany gwałtowny powrót anginy po silnym antybiotyku (w środę skończyłam brać antybiotyk, w sobotę znowu gardło zawalone i temp. prawie 39st.) Dziś jest już naprawdę dobrze. Mimo zwolnienia do końca tygodnia, jutro wracam do pracy. Stresuję się, że przez tę dwutygodniową chorobę nie puszczą mnie szybciej do nowej firmy, a zaległości się piętrzą...

Rozchlapana zima za oknem, ale w mojej głowie już świta wiosna, może raczej przedwiośnie. Waga zadawalająca, tylko ciało mało sprężyste, miękkie jak ciasto drożdżowe :( Zajrzałam dziś na stronę klubu sportowego, już mam ochotę wskoczyć w dres, doładować kartę i poskakać na dance aerobiku, spróbować Zumby, powrócić na jogę czy zdrowy kręgosłup. Daje sobie jeszcze czas do końca stycznia, by wykurować się całkowicie. A potem startuje. W sklepie sportowym kupiłam cienkie rękawiczki i czapkę,bo od marca ruszam z nordic walking, sąsiadka się delkaruje, że będzie chodzić ze mną, razem będzie raźniej :) W wazonie pierwsze tulipany, choć w kominku trzaska ogień, jakoś mi dzisiaj zimno. Rozgrzewam się herbatą lipową z miodem, jeszcze chwila leniuchowania i ograniam dom :)

11:14, fischerwoman
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Dobrze być w domku.

Kiedy mija gorączka 38,5st., kiedy można już przełykać, kiedy ciało nie odmawia posłuszeństwa i można wstać i zrobić chociaż kilka kroków, kiedy od leżenia w łóżku nie bolą już plecy, wtedy dopiero doceniam, jak fajnie jest być w domku :)

Muszę powiedzieć, że w minionym tygodniu dni mieszają mi się jak w mikserze. R. jako opiekun spisał się na medal, a Bartek udowodnił, że mama może leżeć plackiem w domu a on i zje (a to podgryzł jabłko, a to chrupki ryżowe wyjadał z szuflady) i się napije (sam sobie robił sok - syrop malinowy+ przegotowana woda z dzbanka) i sobą zajmie (bajki w tv, ksiązeczki, klocki Lego), bez szkód dla swojego zdrowia.Więc leżałam, prawie nic nie jadłam i tylko przyjmowałam leki. Po trzech dniach nastąpiła znaczna poprawa,ale dawno nie widziałam siebie w piżamie przez kilka dni (angina i zapalenie oskrzeli, antybiotyk,10 dni zwolnienia). 

Dzisiaj jeszcze kaszląca i trochę oszołomiona (antybiotyk tak na mnie działa), ale delektująca się czasem, który mogę spędzić w domu z własnym dzieckiem (Bartek znowu przeziębiony). Jednak świadomość faktu, że to tylko kilka dni w domu, że za tydzień wracam do pracy, do ludzi, zajęc które lubię trzymają mnie w pionie psychicznym. 

Firma nie chce się ze mną za szybko rozstać, usłyszałam mnóstwo pochwał od szefa, że bardzo dobrze mu się ze mną pracuje, że miałam dostać nowe obowiązki, by się rozwijać (tak to się teraz nazywa ;)) i że bardzo żałują, że odchodzą. Chyba będzie rekrutacja na moje stanowisko, więc prawdopodobnie dopiero z końcem lutego mnie puszczą. Jak dla mnie dobrze, bo łapię kolejne dni urlopu, a chcieliśmy wyskoczyć nad morze lub w góry właśnie pod koniec lutego. Akurat w tym czasie będą wielkopolskie ferie, nam wszystkim przyda się zmiana powietrza :) 

A teraz z kubkiem kawy idę pobawić się z synkiem. Dobrze mi :)

10:24, fischerwoman
Link Komentarze (10) »
piątek, 30 grudnia 2011
Sylwestrowa dziewczyna kończy kolejny rok :)

W tym roku nie będę rozbiła podsumowania, bo jeszcze się okaże, ze tych ciężkich chwil było więcej niż chwil radosnych.

W tym roku wchodzę w Nowy Rok z nadzieją, ale i obawą o zdrowie najbliższych.

W tym roku kończę rok w pracy a jutro oblewam okrągłe urodziny – stuknęło mi 35 lat :)

W tym roku, jak co roku, życzę Wam radości, jasności w sercu i umyśle, błogiego spokoju i lekkiego stanu ducha. A przede wszystkim zdrowia, bo gdy jego zabraknie, wszystko inne przygasa. Jutro zaś życzę zabawy, śmiechu, szampana i baletów do rana! ;)

 

 

Do siego roku!

13:50, fischerwoman
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31