|
|
piątek, 19 marca 2010
Inny dzień.
Wystarczy 15 stopni ciepła, dużo słońca, by od razu w głowie sie lepiej poukładało a życie nabrało barw. Rano dostałam smsa od siasiadki,ze zaprasza nas na spacer i kawke, bo jest dzis w domu z małą N. Pojechalismy z Bartkiem na szybkie zakupy, rundkę pomiedzy autami na marketowym parkingu, wrocilismy do domu,wypakowalismy zakupy, Bartek zjadł Danonka, zagryzł chałką, spakowalismy siatę z zabawkami i podreptalismy do A. Poniewaz jeszcze nie kupiłam Bartkowi wiosennej kurteczki, a w zimowej dzis jest za ciepło, ubrałam go w ciepły polarek, kamizelke puchowa i jeszcze zimowa czapke. Sama tez sie podobnie odziałam,ale na nogi załozyłam seksowne granatowe krótkie kaloszki - na nasze osiedlowe błotko, są super-, te długie różowe zostawiłam w domu :) Czas u A. minal szybko, Bartek troche postekał na widok małej N. i jej gruchania,ale obyło sie bez histerii. Po powrocie do domu padł zmęczony i zaraz kończy drzemkę. Myśle,ze po obiedzie wyjdziemy do ogrodu,by skorzystac z pogody :)
Normalnie poszły mi uszy do góry :)
Pustka w głowie.
Czuje,ze sie uwsteczniam siedzac w domu. Tak, jestem kolejną, która narzeka na fakt bycia mama na pełen etat, na brak pracy, wysiłku intelektualnego, tego uporzadkowania w kalendarzu, spotkań, rozmow, dyskusji czy nawet zmudnej mrowczej pracy w Wordzie. Codziennie sie łapie na tym,ze o czyms zapomniałam, czegos nie dopatrzyłam ze spraw urzedowych, firmowych, księgowych. Wpada mi jednym uchem, wypada drugim-normalnie sito. Wykupilismy domene mojej firmy, od wrzesnia ruszam pelna para, bo dluzej nie dam rady. Chciałabym byc stworzona do siedzenia w domu, do pragnienia kolejnego dziecka, ale nie jestem. Jedno dziecko mi wystarczy a do pracy musze isc, dla mojego zdrowia psychicznego.
Wczoraj bylismy w gościach u Brommby. Juz po raz drugi Bartek wywinal numer (pierwszy raz z Jaskiem-symen kolezanki),ze na kazdy dzwięk Nataszki wpadal w taki płacz,ze ledwo łapał oddech. Do tego mnie gryzł, szarpał za włosy i drapał po twarzy. Oczywiscie trzymałam go na rekach,wiec nie wiedziałam jak mam sie bronic jedna reka, slowa do niego nie docierały :( Nie wiem, skad w nim tyle agresji i dlaczego dzwieki małego dziecka tak na niego działaja? Dobrze,ze Nataszka pieknie zasypiala,choc z drugiej strony nawet nie mialam odwagi wziac ja na rece, pobawic sie, bo Bartek byl non stop na rekach. W pewnym momencie ze zmeczenia zasnal mi na rekach, choc ten sen potrwal zaledwie kwadrans. Jak zwykle tematow mialysny duzo,ale wszystkie jedynie "liznelysmy". Mysle,ze oprocz rewizyty, nalezy nam sie spotkanie bez dzieci :) Po raz kolejny zdumiała mnie M.-corka Bromm, wyrosła z niej prawdziwa kobieta, to juz nie podlotek, to kobita z krwi i kości :) W drodze do domu mialam nadzieje,ze Bartek jeszcze pospi w aucie,a on nie mial zamairu spac do wieczora. R. byl na sluzbowej kolacji,wiec musialam sie pomeczyc z Bartekiem sama, choc przynajmniej zasnał w dwie minuty. Opowiedziałam R. o calym zajsciu u Brommby, ogolnie rozmawialismy na temat B. i doszlam do smutnego wniosku,ze coraz czesciej jestem bezsilna, bezradna i nie wiem co robic. I mysle czy nie poszukac pomocy u jakiegos specjalisty.
poniedziałek, 15 marca 2010
Schabożerca :)
Wizyta u flebologa szybka i sprawna. USG wykazało,że najpierw muszę zająć się lewą łydką i metodą skleroterapii (wstrzyknięcie w żylak pianki, wokoł której obkurcza się żyła i przestaje być widoczna). Nazwa zabiegu troszkę dziwna, oby na mózg nie przeszła :) Ponieważ przed nami dwa dalekie wyjazdy a czas regeneracji po zabiegu trwa do kilku tygodniu i musi byc poprzedzony dwutygodniowym przygotowaniem żył, w związku z tym załatwie temat pod koniec lata. Tylko koniecznie muszę kupić do samolotu podkolanówki obkurczające, by poprawic sobie komfort lotu i nie obciążyc dodatkowo lewej nogi :) Niestety, pajączków z kostek nie wylecze, musze je zaakceptować i bardziej zadbać o nogi. Szczerze powiem,ze myślałam,ze jest gorzej, na szczęscie lekarz mnie uspokoił :)
W sobotę chodziłam jak bomba zegarowa. Drażnił mnie Bartek, denerwował R., oczywiście odbiło sie i na jednym i na drugim. Złe emocje wyrzucałam z siebie podczas sprzątania i zadawałam sobie pytanie, co sie ze mna dzieje. Odpowiedz przyszła w niedziele wieczorem, dopadła mnie dawno nie widziana dolegliwosc kobieca, poźny jej przyjazd to pokłosie Zoladex'u, choc mam nadzieje,ze wraz z nią wraca do pionu moja kobiecość. Stąd to PMS-owe szaleństwo. Dziś jestem obolała,wielkie dzieki temu kto wymyslil leki przeciwbólowe.
Wczoraj rano Bartek zbuntowal sie przeciwko spozywaniu śniadania, a że nie biegamy za dzieckiem z łyżeczką doszlismy do wniosku,ze jak zgłodnieje to zje. Miedzy nami doszło do kolejnej cieżkiej rozmowy na szczęscie zakończonej pozytywnymi wnioskami. Ostatnio grzmi miedzy nami jak nigdy,ale mam nadzieje (i wierze),ze z tej burzy wyjdziemy cało. Ponieważ rozmowa trwała jakis czas, Bartek zajął sie sobą, cos tam majstrował a to w zabawkach a to w kuchni. Nagle wyszedl z kuchni, niosąc cos w łapkach, podgryzając to coś i od razu uciekajac z głosnym protestem na nasze pytanie, co tam masz? Okazało sie,ze nasz syn zgłodniawszy zaczal szperać po kuchni, otworzył sobie piekarnik i wyjął wielgachny kawał schabu, który upiekłam w sobotę i który zapomniałam schowac w lodowce. Stał cały zadowolony, ręce i rękawy bluzki brudne po łokcie od sosu, ale wcinał az mu sie uszy trzęsły. Wybuchliśmy z R. śmiechem, posadziliśmy naszego zwierzaka na krzesełku, aby jeszcze sobie schabiku poskubał. Kaszką też nie pogardził :) Widać, że nasze dziecko z głodu nie umrze i sobie poradzi w życiu :)
Dziś w DDTVN usłyszałam kilka mądrych słów od D. Zawadzkiej a popos emocji miedzy rodzicami, wychowywaniu dziecka, hierarchii w rodzinie i czułam sie tak, jakby ona mówiła do mnie. Zapamiętam jej słowa :)
środa, 10 marca 2010
Pani żyła.
"Była sobie żyła, ale długo nie pożyła, bo tej żyle pękła żyła i ta żyła już nie żyła". :)
Tak mi się przypomniało apropos tego, że jutro po południu jadę po raz pierwszy w życiu do flebologa. Niestety, moje skłonności genetyczne po obojgu rodzicach, ciąża i ostatnie półroczne mega dawki hormonów zrobiły swoje - spustoszenie na moich nogach. Pewnie będę miała zrobione badanie USG Duplex Doppler,a potem zobaczymy co dalej.
A ogólnie w ciągu dnia robie wiosenne porządki w domu,a wieczorami dopadaja mnie dziwne smuteczki. Chyba przez tą diete spadl mi drastycznie poziom endorfin, cóż czekolada poszła w odstawke..ech, kryzys :)
poniedziałek, 08 marca 2010
Cienias.
A. Kręglicka robi tysiąc brzuszków dziennie, K. Herman pięćset, ja daje radę tylko dwie serie po 75 czyli 150 dziennie...no i jestem cienias. Owszem, robie jeszcze ćwiczenia z handlami (dwie serie, 3 cwiczenia po 15 powtorzeń), dwie serie po 5 minut na orbitereku, ćwiczenia rozciągające i z dobre 10 minut hula hop. Chcialabym miec na tyle kondycji by robic wiecej brzuszków i dluzej wytrzymywać na orbitreku,ale na razie nie nada... Zastanowiło mnie jedno-czy fakt,ze od samego początku nie mam zakwasów świadczy o tym, że ćwiczę za mało, za mało intensywnie czy po prostu nie przeforsowuje miesni tak bardzo, tylko ćwiczę rozsądnie? No bo nie wiem, czy nie powinnam dać z siebie więcej? Pierwsze efekty diety i mam nadzieje tych regularnych ćwiczen juz są-po tygodniu jestem lżejsza o 2,3 kg, zostalo jeszcze 7kg. Wiem,ze teraz wypompowalam z siebie wode,ale wierze ze nadejdzie wreszcie czas na tłuszczyk :)
Dziś Dzień Kobiet. Rano (jeszcze w łóżku) moi męzczyzni dopadli mnie z życzeniami, wyściskali, a po południu dostałam 30 tulipanów od R. i jedengo od Bartusia. szedł dumnie z tulipankiem niosąc go jak palmę wielkanocną :) Pojechalismy do babci R. bo tam co roku spotykamy sie z tesciowa i we trójke swietujemy ten dzien. Byl tam rowniez teść, atmosfera byla taka sobie, czuc ze cos jest nie tak. Ja wysilalam sie na grzecznosc w rozmowie z tesciem,ale sama nie rozpoczynalam tematow, dobrze ze wszytsko krecilo sie wokoł Bartak. W tym roku po raz pierwszy teść ani nie złoyzl mi życzen, ani nie podarowal chocby jednego kwiatka z okazji dzisiejszego swieta. Widac, jest cos na rzeczy i wobec mnie :( W drodze powrotnej do domu myslalam o tym i wpadlam na pomysl, ze pewnie jest na mnie obrazony, bo nie bylismy na jego urodzinach (pisalam z jakiego powodu) a ja osobiscie nie zadzwonilam do niego z zyczeniami. R. zadzwonil. Moze oczekiwal telefonu rowniez ode mnie? No, ale jak to jest, czy zyczenia zlozone przez syna nie mogą byc traktowane jak te od nas, czy kazde z nas powinno dzwonic oddzielnie? Nie wiem, bo zawsze skladalam mu zyczenia osobiscie. Dodam tylko,ze i tesc i tesciowa wykonuja przewaznie jeden telefon w moje urodziny albo nawet dzwonia z zyczeniami laczonymi-czyli po polnocy w Nowy Rok, bo ja przeciez sylwestrowa jestem. Jak dla mnie laczone zyczenia sa niewazne,bo ja obchodze urodziny 31 grudnia a nie 01 stycznia o pierwszej w nocy...Ale dobra tam. Tylko,ze dzis zrobilo mi się po prostu przykro. Tytuł mojego wpisu nie tylko mnie sie tyczy, prawda?
niedziela, 07 marca 2010
Serum prawdy.
Alkohol ma to do siebie,ze rozwiazuje języki i sprawia,ze odkrywamy sie z tematami, których nie chcemy poruszac z różnych względów. Wczoraj wieczorem wpadli do nas sąsiedzi E. i K., mielismy zagrać w chinczyka, na stół wjechały drinki, wczesniej zrobiłam koreczki. Oczywiscie nie pogralismy, za duzo bylo do omowienia ze spraw bieżacych, jeden wątek pociągał za sobą następny. W pewnym momencie (nie wiem skąd) weszlismy na temat dotyczący własności R, który lezy mi na sercu od kilku lat. Z sasiadami zyjemy blisko, nie raz rozkladamy na czynniki pierwsze ich problemy, tym razem role sie odwrocily.I jakos takos temat sie rozkrecil, K. stanal po mojej stronie, R. sie pogniewal na K., że jest przeciwko niemu. Udało sie rozmowe zamknąć, znowu bylo wesoło, jednakze po minie R. widziałam,ze niesmak pozostał. Po wyjsciu E. i K. temat powrocił, powietrze i słowa były ciezkie. Powiedziałam R., ze po raz ostatni poruszam tę sprawę, jak dla mnie moze nie istniec i tyle. Pogodziłam sie ze stanem faktycznym. Ale smutek w sercu pozostał. Cóż zrobić, zapić ginem z tonikiem? :)
czwartek, 04 marca 2010
Voyage, voyage...
Prenumerate miesiecznika podróżniczego wybrałam, bo wszelkie pisma luksusowe dla pań, gazetki o dzieciach czy dla fecetów już miałam. Od pierwszego numeru wpdałam po uszy. Miejsca opisywane kuszą barwami, smakami, az sie chce od razu pakować i lecieć. W ubiegłym miesiącu kusił Wietnam, Portugalia ale i Suwalszczyzna. Za to w tym miesiacu marzę o Izraelu i Walencji. Móc zoabczyć Ścianę Płaczu, Meczet Al-Aksa czy pchli targ w Jaffie albo wziąć udział w barwnej walencjanskiej fieście (fallas) i móc wpiąć kwiat w pachnącą suknię Matki Boskiej Opuszczonych (54.tys. kwiatów) a potem ogłuchnąć od zaaranżowanego koncertu na ładunki wybuchowe (mascaleta) i bawić się do rana pijąc wino.... Rozmarzyłam się :)
Żadnego z numerów nie wyrzuciłam, zbieram je pieczołowicie, bo wierzę, że jeszcze kiedyś odwiedzę te magiczne miejsca :)
wtorek, 02 marca 2010
Z matki na syna.
Moje przypuszczenia niestety sie sprawdzily. Pojedyncze kichnięcia przerodzily sie w cieknący katar u Bartka. Znowu :( Mielismy tylko tydzien przerwy i znowu młody jest zakatarzony. Tym razem to moja sprawka, ja go zaraziłam :( Jak na złość przez weekend zrobil sie z niego mega przytulaka, jakby chcial nadrobic czas, kiedy była H. i wtedy rzadziej byl na moich rekach czy przytulony do mnie (wiecej bylo rąk do noszenia i przytulania:)). Mam tylko nadzieje,ze skonczy sie na katarze. R. w aptece dostal spray do noska dla dzieci Nasivin, zaraz napisze maila do naszej pediatry z pytaniem czy podawac czy tylko pozostac na masci majerankowej. Za radą kolezanek wlewam do Danonka tran, jak na razie Bartek nie wyczuł i młoci serek :) Nie ruszamy sie z domu, za bardzo wieje. Ze mna ciut lepiej, choc dzis mna miota stan podgorączkowy. Bartek spi, ide odpoczac, nawet od komputera...Mam nadzieje,ze nie odrabiamy chorob za ubiegly rok, ciiiii...przestaje krakać...
niedziela, 28 lutego 2010
Ziuuuuu....
Tak przeleciał tydzień z siostrą i M.
Przyjechali w sobotę przed południem, weekend upłynął na rozmowach do nocy, popijaniu winka i śmiechu do bólu brzucha :)
Poniedziałkowe popołudnie spędziłyśmy na filcowaniu szala na jedwabiu, efekt poniżej :) Było kameralnie, lokalne guru filcowania okazała się normalną, bezpośrednią dziewczyną w naszym wieku, która zieloną herbatą w ręcznie robionych glinianych kubkach przełamała wszelkie lody - wrócimy tam na pewno, tylko jeszcze nie wiem,czy na dalsze filcowanie czy na lepienie z gliny, o którym od zawsze marzyłam :)
We wtorek miałyśmy z siostrzenicą prywatny seans kinowy "Planety 51" :) Az sie zdziwilam,ze puszczają fim tylko dla dwóch osób. Chociaz we wtorkowe poludnie nie było szans na pełną salę :)
W środę wspolny fryzjer, ja baleyage i strzyzenie, siostra tylko strzyżenie. Przez poł godziny był z nami Bartek, potem odebral go R. Z fryzurą jade do poprawki, M. miała podciąć mi wyżej tył a obcięła mi włosy na prosto, źle sie w tej fryzurze czuje. Po fryzjerze skoczyłyśmy jeszcze do CH, zakupiłam drogą kupna sandały w Ecco, sweterek i golf w Top Secret-bez siostry na pewno bym nie zrobiła takich zakupow :) H. obkupiła M. , dla siebie nie znalazła niczego.
W czwartek zjedlismy obiad w Ikei a następnie rozchodzilismy go na sklepie. Ten sklep naprawdę inspiruje i zachęca do zmian :) Wreszcie trafiłam na forme do muffinek :) To apropos tego,ze od jutra koniec ze słodyczami :) Po poludniu przyjechal szwagier, wroca razem do domu w sobote.
Piątkowe przedpołudnie spedzilysmy w domu,za to po południu H. chciała jeszcze skoczyc do CH, by nie wyjechac od nas z pustymi rękami (w M. nie ma CH). Jak do tej pory zakupy z Bartkiem ratował wózek w kształcie auta, wtedy rownie zapowiadało sie podobnie,ale cos sie nagle Bartowi odwiedzialo, zaczal sie płacz, krzyki i szybka ewakuacja z CH. Nie obyło sie bez komentarza starszej pani,ze dizecko sie meczy w tym pudle a rodzice sa nieodpowiedzialni. H. odparla,ze najlepiej by sie pani nie wtracała. Przy wyjsciu weszlismy na tesciow, przy okazji pytania o prezent urodzinowy dla tescia, ten rozpetal ponownie wojne z R. wracajac do tematow z ubieglego roku, choc myslelismy,ze "oczyszczajaca" rozmowa ich dwoch zalatwila wszystko. Widac nie załatwiła :(Az sie poryczalam w domu z bezsilnosci do tego czlowieka, bo mielismy pojechac w przyszlym tygodniu na te urodziny, swieta za moment i zalezy mi, by Bartek mial czesty kontakt z dziadkami. Teraz znowu R. nie chce do nich jezdzic a ja sama nie bede. Czy na starosc ludzie traca rozum???? Ciagle przezywam te sytuacje,oj nawrzucalabym ostro teściowi, niechby mnie znienawidzil,ale dalabym mu popalic, bo sie wszyscy obchodza z nim jak z jajem i cała rodzina na tym cierpi. Nic to,moge mu nawrzucac jedynie w myslach i tyle.
Sobotnie przepopludnie uplynelo za szybko, po sniadaniu i kawie nasi goście pojechali do domu a ja z coraz bardziej cieknacym nosem polozylam sie. Niestety katar nie dał za wygraną i dzis sie bardziej rozwinal. Dobrze,ze R.ma jutro wolne, bardzo mnie odciazy od opieki nad Bartem, bede mogla sie szybciej wykurowac.
Dzisiejszy dzien spedzilismy po trosze na blogim leniuchowaniu, po trosze na ustalaniu prac i zakupow ogrodniczych, wiosne czuc w powietrzu :) Po sniadaniu R. zabral Bartka i pojechali na zakupy, bo od jutra wprowadzamy diete i niezbedne sa duze ilosci drobiowego mieska, warzyw, owocow i nabialu. Ja przejarzalam kilka(naście) egemplarzy "Mojego pieknego ogrodu" i mam w glowie koncepcje na kwiatowa rabate.
W piatek R. dostal maila z terminem wyjazdu na Floryde - 11-18 maja, mam 2 miesiace by sie "wylaszczyc" :)))) Dopinguje mnie fakt,ze źle sie czuje z +6kg, R, siostra i szwagier tez podejmuja diete, wiec bedzie konkurencja :)

piątek, 19 lutego 2010
Plany.
Weekendowe są następujące: jutro pobudka, przed południem przyjezdza siostra z córką (R. po nie pojechał), potem szykowanie rożków do Agatki i pizzy na obiad. Popołudnie z mafią, juz mi się buzia cieszy na tę myśl :)
Poweekendowe i przyszłotygodniowe: poniedziałkowy kurs filcowania, środowa wspolna wizyta u fryzjera, na pewno wyjazd do Ikei a tak to pogaduchy od rana do nocy :)I jak zwykle bedzie nam za mało :) Dobrze mi się zapowiada tydzień :)))
|