wtorek, 09 lutego 2010
Chlebuś :)
Moja siostra ma maszynę do chleba. Wrzuca tam potrzebne składniki, włącza ja i po 4 godiznach ma piękny, pachnący chlebek. Zastanawiałam się nad kupnem takiego cuda,ale jakoś do końca przekonana nie jestem,bo kolejny sprzęt nam do domu dojdzie a i tak juz wiele rzeczy mam poupychane w roznych miejscach. Niedawno będac w Ikei, wstąpiliśmy do sklepiku w celu nabycia paczki bułek, parówek i musztardy do hot-dogów (dosłownie identyczne ja te za 1zł w mini restauracji), na szybką przekąskę podczas gry w karty czy chińczyka z sąsiadami. Poogladałam jeszcze inne szwedzkie kulinarne cuda i znalazłam chleb w proszku z borówkami. Zaintrygowana kupiłam na próbę. Kilogram tej mąki z dodatkami przeznaczony jest na dwa bochenki chleba, a że nie widziałam o jakich bochnach mowa, więc dziś upiekłam tylko jeden :) Sposob przygotowania bardzo łatwy, najtrudniejsze jest 10 minutowe wyrabianie ciasta, reszta to pikuś :) Do mąki nalezy dodać tylko ciepłą wodę, wsypać drożdze w proszku (dwie malełe torebeczki dołącozne są do torebki), dobrze wyrobić ciasto i odstawić je do wyrośniecia na 30 minut. Następnie nalezy na blasze uformować bochenek chleba, jeszcze raz pozostawic na 30 minut do wyrosniecia, włozyć do piekarnika na dolną półkę, piec 30 - 45 minut w temp. 200st. Ja piekłam 30 minut, po czym poleciałam na chór. Podczas próby nie myślałam o niebieskich migdałach a o tym chlebku :) Napisałam do R. smsa, by wyjął chleb z piekarnika aby sie gumowaty nie zrobił. Odpisał, ze sprobował kromkę, z reszta czeka na mnie,ale ogólnie chlebuś jest ok. Wiem,ze juz późno i nie powinnam jeść o tej porze,ale musiałam sprobowac wlasnego wypieku Z masłem, żóltym serem i polędwicą sopocką smakował wyśmienicie :) Musze przyznać, że chleb jest naprawde smaczny, o dziwo mozna w nim odnależć owoce borówki, tylko skórka jest zbyt chrupiąca -musze nad tym popracować. Pomyślałam sobie, ze warto mieć taki chleb w zanadrzu, tak na czarna godzine,lub jak ma się wyjątkową ochotę na ciepły chleb z własnego piekarnika :)
I jak tu schudnąć? Tymisiowa przechodzi samą siebie w podawaniu rewelacyjnych przepisów, które również sama testuje i musze przyznać - poezja :) Chyba dopiero teraz gotowanie zaczęło mi sprawiać przyjemność :) Dobrze,ze chociaz regularnie na wioselku cwicze i hula-hop krece :) Wczoraj przepłynęłam 6,4 km - jestem z siebie dumna :)))
niedziela, 07 lutego 2010
Po kolei.
We wtorek przeziębiony padł R. w środę pojechał do lekarza, dostal zwolnienie do końca tygodnia. W czwartek Bartek zaczął kichac a pod noskiem pojawił sie katar. w ciagu dnia bylo tylko gorzej,wiec przestalismy wychodzic z domu, ale szalenstwom nie było końca. Tak jakby ten katar go jeszcze bardziej nakręcał. Ja tu sie gorączki, osłabienia doszukiwałam a znalazłam pocisk :) Wczoraj odbieralismy auto R. wiec musielismy wyjsc z domu, potem wizyta u teściów i wieczorne rozgrywki w chińczyka z siąsiadami :) Ciesze sie, ze znowu odzyskałam swoje autko no i auto R. jest naprawdę pierwsza klasa. Dziś poszlismy na krótki spacer, młody powoli wychodzi z kataru, na szczęscie nie rozwinął się do takiego brzydkiego bakteryjnego :) Ruch i swieze powietrze mu sprzyjają :) A jutro znowu poniedziałek, R. wrca do pracy a my do codzienności. Zaczynam mieć mocno dość zimy. Za to hula-hop przyjechało, Bartek ma zabwę na całego a ja nie zapomniałam jak się kręci biodrami :)
W piątek wyskoczyłam do CH, poszperałam po sklepach, zimowe wyprzedaze (patrz grubaśne swetry) mnie nie interesuja,ale w Zarze trafilam na dwie ładne bluzki i tez przecenione. Jedna z nich koszulowa to klasyk i do jeansow i do spodni w kant a a druga rowniez koszulowa,ale na stojce i taka letnia do bialych plociennych spodni. Do tego kolorowa bizuteria (kolczyki i wiosior na szyje) w C&A i od razu zrobiło sie cieplej na duszy :) Nie ma jak udane zakupy, choc bym w pelni czula sytość, musialabym spedzic w CH caly dzien, wowczas przeszperalabym niemal kazdy sklep a nie tylko kilka...ale i tak jestem zadowolona i na jakis czas wystarczy :)
Wiatraczek w moim laptopie hałasuje, wiec na kilka dni idzie do serwisu a ja zostane bez swojego komputera. musze ulubione skopiowac, bo pogubie stronki...
poniedziałek, 01 lutego 2010
Czas się za siebie wziąć.
Przytyło mi się :( Najgorzej było po świętach i Sylwestrze. W sumie cieszyłam się, że wracamy do domu, bo skończyły się okazje do jedzenia a sama się potrafię jakoś trzymać w ryzach (choć czasami nie potrafię). Czuję, że zawiodłam sama siebie, że nie potrafiłam utrzymać figury, którą pokochałam nagle i z całego serca. Wiele osób mi mówiło, że byłam za chuda, a ja dla siebie miałam idealne proporcje, idealne ciało, wręcz takie, o którym marzyłam całe swoje dorosłe życie i dzięki któremu czułam się lekka jak piórko. Jeśli ktoś wtedy zapytałby mnie, co bym zmieniłam w swoim wyglądzie, powiedziałabym, że nic. Dzisiaj zmieniłabym duzo.
Dobrze, że do wiosny bliżej niż dalej, jeszcze bardziej mnie to mobilizuje i każe wziąć się w garść. Już teraz. Od swiąt zgubiłam półtora kilograma,za mało. Oczywiście znam swoje słabości, nie jestem obowiązkowa, by codziennie ćwiczyć, ale jeżeli odstawię słodycze i chociaż co drugi dzień wskoczę na góre, by na wiosełku i orbitreku poćwiczyć, to już będzie bardzo lepiej. Wiem,że najtrudniej bedzie z ćwiczeniami,ale R. chce się dołączyć, więc będziemy się wzajemnie mobilizować. I sprawiłam dziś sobie prezent - taki powrót do dzieciństwa, kupiłam sportowe hula hop. Nie tam żadne z masażerami, które robi furorę na aukcjach, tylko prawdziwe ciężkie hula hop, które zawsze uwielbiałam kręcić na brzuchu i lat temu (nie wspomne ile) byłam naprawdę w tym dobra :) Nie mogę się doczekać, kiedy przyjedzie :)
czwartek, 28 stycznia 2010
200% normy.
R. wrócił dziś dużo wcześniej z pracy. Zgłosiłam się na ochotnika, że pójdę odśnieżyć przydomowe alejki, podjazd i przy okazji ulepie bałwana. Siostra przysłała mi zdjęcie baławana, którego ulepiły z M.-bałwan w kształcie myszy z ogromnymi uszami i dopiskiem,ze czekaja teraz na zdjecie naszego śnieżnego stwora. Ponieważ wiało niemożebnie, R. i Bartulek nie mogli mi towarzyszyć, wiec zostali w domu i pomachali przez okno w kuchni. Zapał do bałwana minął mi bardzo szybko, kiedy okazało się, że śnieg się prawie w ogóle nie kleił a odśnieżania było na co najmniej godzine. Porzuciłam toczenie kul i wzięłam się do pracy. Ostatnio czytałam, że na śniegu można nieźle zarobić, nawet 500zł dniówki. Szybko przekonałam się, że to strasznie ciężka praca i w pełni zaslużone pieniądze. Walczyłam z moim śniegiem z półtorej godziny, a do tego dwa razy przeszła zawieja, dorzucająca kolejne warstwy białego puchu. Wrócilam do domu mokra i to nie od śniegu,ale od potu. Musiałam się kompletnie przebrać, wzięłam prysznic i czuję każdy mięsień swojego ciała. Nawet nie chcę myśleć, jak będzie jutro. Ale spaliłam chyba z milion kalorii, tak więc 200% normy wykonane-alejki czyste i troche tłuszczyku spalone :))) I jeszcze jedno, zapowiedziałam R., że mogę częściej odśnieżać-jestem przyjemnie zmęczona po takim wysiłku, lubię się tak zmachać. Widać, że mi ruchu brakuje :)
Kobiety na pługi!
Zasypało nas.
6.30 - sms od K., że jego żona E. zakopała sie na zjeździe z osiedla, do tego rozładowała akumulator.
7.20-R. wychodzi z domu, ledwo otwiera drzwi, brodzi w śniegu idąc do garażu, brama wjazdowa otwiera sie do połowy, widze przez okno, że śnieg jest do ponad kostek.
7.30 - dzwoni R. z prośbą, bym odpaliła internet i znalazła telefon do gminy, stoi na zjeździe z osiedla sześcioma sąsiadami.
8.03 - dzwoni R., że rolnik wyciągnął wszystkich ze śniegu, zakopał sie przy tym również, ale wszyscy mieli łopaty, wiec pomogli odkopac ciągnik. Po raz kolejny dziękujemy Bogu, że na naszym osiedlu jest jeden gospodarz z ciągnikiem, od lat nam pomaga. E. wzięła urlop na żadanie i poszła do domu, musi najpierw naładować akumulator, dopiero wtedy ruszy autem.
Za oknem piekne słońce, gdyby nie trzeba było jeździć do pracy, byłoby bajkowo.
środa, 27 stycznia 2010
Mrożone policzki :)
Mróz tęgi,ale kiedy tylko nie wieje, wychodzimy na spacery. Smarujemy buzie grubo kremem ochronnym, ubieramy ciepłe spodnie narciarskie (raz wyszłam w jeansach, myślałam, ze mi tyłek odpadnie), kurtki, czapki i rekawice i krązymy a to dookoła domu a to po osiedlu, zagladamy do cudzych ogródków i podziwiamy bałwany ulepione przez dzieci i dorosłych. Dziś doprawiliśmy kapelusz bałwanowi sąsiadów E. i K.,bo z gołą głową w taką pogodę? ;) Akurat przy śmietniku E. postawiła puste plastikowe czarne doniczki-czapka gotowa :) Dziś również odsypaliśmy spod śniegu przygniecione iglaki w naszym ogródku, bo Maja P. powiedziała, że się zdeformują. Lubimy też wchodzić w zaspy, czy zwyczajnie snuć się bez celu, by nawychac sie zimowego powietrza :) A kiedy policzki i nos staja sie bordowe, zbieram naszego małego łazika do domu. Oczywiscie każdy powrot okupiony jest protestami i płaczem, bo Bartek mógłby dosłownie mieszkać na dworze :) Odkąd zaczął chodzic, przynosi mi swoje buty i domaga sie długiego "da da". Śmiejemy się z R., że on taki podwórkowy jest :) Latem na pewno cały dzień bedzie przesiadywał w ogródku :) A śpi po spacerze jak zabity, pada dosłownie po 5 minutach, gdzie usypianie bez spaceru zajmuje z pół godziny i podchodzimy do drzemki kilka razy :) A mnie po spacerze naszła ochota na jajecznice, bo zgłodniałam okrutnie :)
R. przysłał dziślink do kwatery w Chorwacji, do której prawdopodobnie pojedziemy ze znajomymi. Południowa Dalmacja, z okien pokoju widok na morze...rozmarzyłam się :)Za 5 miesięcy będziemy pakować walizki :) Zleci :)
wtorek, 26 stycznia 2010
Wietrzenie szafy.
Wreszcie sie zebrałam, wyprałam i wyprasowałam ubrania, których nigdy już nie założe,a które tylko zajmują mi miejsce w garderobie i kurz zbierają. Porobiłam zdjęcia, wymierzyłam ciuchy i wystawiłam je na aukcjach. Sprzedaje również buty Bartka i te jesienne i zimowe, które ponosił tylko 2,5 miesiąca, bo nóżka mu przeciez szybko rośnie. W niedziele kupiliśmy mu nowe zimówki, dobrze ze są przecny :). Do końca zimy jeszcze 2 miesiace, moze komus się przydadzą a są w idealnym stanie, zreszta jak większość dziecięcych ubranek czy butów. Zobaczę jak pójdzie mi sprzedaż, cen nie wystawiłam wygórowanych zwłaszcza, że sprzedaje rzeczy, którcyh albo nigdy nie założyłam albo ubrałam raz czy dwa. Wietrzę aż miło :)
A na moim stole w salonie nadal wiosna - zólte tulipany od R. ocieplają salon, zwłaszcza że za oknem mróz aż trzeszczy :)
piątek, 22 stycznia 2010
Trwonie wieczór.
Siedze, słucham na sluchawkach Skunk i drży mi żołądek, kiedy leci "Squander" (z ang. trwonić, marnować, rozrzucać). Dawno żadna piosenka, a teraz cała płyta nie wywarła na mnie takiego wrażenia. Nie potrafie nazwać uczuć, które we mnie buzuja, coś co wiąże sie z przeszłoscia, motylami w brzuchu, tesknotą, żalem za czasem, który mam za sobą...Płyta jest jak gorzka czekolada z chili - delikatna słodycz z nuta papryki, ktora stawia na nogi, budzi nawet o polnocy i daje niezlego kopa :) Slucham i trwonie czas dalej :)
czwartek, 21 stycznia 2010
Codzienność.
Dni zlewają mi się w jeden obraz. Od tygodni ten sam widok za oknem, powoli mam dosyć bieli. Wczoraj zatęskniło mi się za wiosną, cieplejszym podmuchem wiatru, koniecznością wyjścia do ogrodu w celu wiosennych porządków, schylania, kucania i bólu pleców od grzebania w ziemi. Nie uprawiamy sportów zimowych (jeszcze) więc zima dla mnie nie kojarzy sie z wyjazdem w góry, z przyjemnością. Ugrzęzłam w domu. Za mocno wieje i za duży mróz, by wyjść na spacer, cztery ściany zaczynają mnie przytłaczać. Marudzę. Wczoraj R. zaprosił mnie na obiad, w ramach przeprosin dostałam bukiet zółtych tulipanów-przedwczoraj źle zrozumial moją wypowiedź, a mnie to wyjątkowo zdenerwowało tak, ze nie mialam ochoty na wspolny wieczor i obrazona poszłam spac. W Home&You kupilismy dwa kompelty nowych kubkow-juz je lubie :) A sklep jest boski i te przeceny! Przyznam,ze dopiero wczoraj troszke poszperałam i gdyby nie R. (glos rozsądku) kupiłabym wiele rzeczy.
Po południu jedziemy do babci R. Swojej wysłałam kartkę i za chwile zadzwonie. Załuje,ze nie moge do babci wpasc na miodową drożdzówke i herbate, ktora smakuje jak nigdize indziej. W marcu jedziemy do M., na pewno odwiedze babcie :)
Dziś usłyszałam w telewizji piosenke śpiewana przez dzieci i klucha ugrzęzła mi w gardle, bo przypomniały mi się babcine opowieści o jej dziecinstwie i młodosci,a leciało to tak:
Czy to możliwe? Wierzyć się nie chce, że dziadek kiedyś też był oseskiem. Nosił pieluchę, zjadał kaszki, tak jak to robią wszystkie bobaski! Czy to możliwe? Wierzyć rzecz niesłychana, babcię też nosił ktoś na barana, zupełnie mała czasem ze złości w kącie chlipała. Chociaż minęło już wiele lat, nasz dziadek wcale się nie starzeje, chce z nami zdobyć cały świat i zawsze się wesoło śmieje. Chociaż minęło wiele lat, babcia jest fajna jak koleżanka, z wszystkimi za pan brat, mówi, że życie to niespodzianka. Dziadek i babcia też byli dziećmi. Czasem grzeczni, czasem niegrzeczni. W krótkich spodenkach dziadek grał w piłkę i kiedyś szybę zbił przez pomyłkę. A nasza babcia karmiła lalę i chętnie ssała najmniejszy palec. Dziadkiem i babcią kiedyś będziemy, tacy jak oni właśnie być chcemy.
Sto lat babciu!
sobota, 16 stycznia 2010
Wieczór.
Bartulek śpi za ścianą. R. bawi sie u sasiada K. na urodzinach, bylismy tam razem,ale wyszłam wczesniej połozyc synka i zostawiłam męża- niech sie pobawi i dotleni płuca od śmiechu, dawno nigdzie nie wychodził :) A ja grzeje nogi przy kominku, w kieliszku mam martini (z sokiem z cytryny, dwoma kostkami lodu i kapką wody mineralnej, tak jak lubie). Z radia sączy sie dobra muzyka z Merkurego. Mam wieczor dla siebie, takie chwile tez lubię. Nie czuje sie samotna i smutna, bo R. jest dwa domy dalej i pewnie wkrótce wróci a jednak mam czas tylko dla siebie. Dziś nadrabiam internetowe zaległosci :)
Miłego wieczoru :)
Dopisek - poruszyła mie piosenka Skunk Ananasie "Squander".
|
|