RSS
czwartek, 19 listopada 2009
Jak to sie Fischery do ortopedy wybraly :)

Całą trójcą umowilismy się do ortopedy. Bartek na kontrolę kolan i stópek, bo zaczął chodzić, R. na kontrole kolan a ja z kręgosłupem, który coraz częściej i coraz boleśniej mi doskwiera. Dwie wielkie koperty ze zdjęciami wtaszczylismy do gabinetu. Pierwszy pod nóż poszedł Bartulek- kręgosłup prawidłowy, lekko wystające żebra,ale to nic złego. Ma za to lekko sztywne i koślawe stópki (zakręcaja do środka), więc mamy ćwiczyć z  młodym 3 razy dzienne zginanie stópek przy prostych kolanach i masować stopy od zewnątrz. To tłumaczy dlatego Bartek lekko kołysze sie na boki jak kaczuszka. Następne oględziny Bartoliniego  w kwietniu. Wzięłam się za ćwieczenia już przed kąpielą,ale biedak ma łaskotki na całych nogach a zwłaszcza na stopach,wiec lekko nie będzie...

Drugi w kolejce do ogledzin był R. Wczesnijesze leki i ćwiczenia pomogły na lewe kolano,ale odezwało sie prawe. Niestety, lekarz stwierdzil poczatki zwyrodnienia kolan,ktore na szczęscie mozna zatrzymac. Zalecił leki, ćwiczenia oraz basen.Kolejna wizyta za miesiac.

Ostatnia weszłam ja. Z bólem kręgosłupa borykam sie juz kilka lat, rozne diagnozy mi stawiano. Zdjęcie rtg wykazało brak zrostu łuku S1, czyli nie mam zaczepu kręgu w odcinku krzyżowym.Niby nic strasznego,ale jak się przedźwignę, jak wychłodze plecy, to rano wstaję na czterech i chodzę połamana przez kilka dni. Dostałam lek przeciwzapalny na prawy dołeczek na wysokości krzyża i serię 3 ćwiczeń. Oczywiście basen byłby wskazany. Wspomniałam również o bólu kolan, lekarz stweirdził przeciążeniowy ból, mam nie robic przysiadów, Bartka podnosić z lekkiego przysiadu i generalnie nie przeciążać kolan. Tę kolanową diagnozę postawił tak sobie, bo nawet mi kolan nie pomacał, tylko zapytał kiedy bolą. No nic, zobaczę jakie efekty przyniosą obie diagnozy.Do kontroli za 3 miesiące.

Normalnie pokręcona z nas rodzinka. Najwazniejsze, ze każdego z nas można wyprostować :)

21:39, fischerwoman
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 listopada 2009
Już lepiej.

Wczoraj wieczorem R. zaważył, że mam oczy czewone od łez, jestem milcząca i nie mam humoru. Nie potrafię ukrywać w sobie emocji. Wystarczyło, że powiedziałam, że mi źle w domu. R. od razu wypalił, że o tym niedawno myślał, że jednak warto w przyszłym roku pomyśleć o mojej kolezance z chóru, która sie na co dzień dziecći opiekuje i ma dobra opinie (zrobiłam mały wywiad na jej temat), bym mogła z początku spróbowac rozruszać mój interes a jak sie nie uda to zacząć szukać pracy. Powiedział też, że widzi jak gasnę w oczach i trzeba to zmienic,ale bym poczekała jeszcze do przyszłego września, bo mogłoby być ciężko z urlopem a przecież na wiosnę jedziemy na caly tydzien do spa, w maju prawdopodobnie USA a w lipcu Chorwacja a wakacje mi się należą :) Chyba całe osiedle słyszało, jak kamien spadł mi z serca, dobrze ze płytek w kuchni nie potłukł ;) Ciesze się, ze nie musiałam R. do mojego pomysłu przekonywać. Fakt, czasami coś chlapnie bez zastanowienia,ale potem i tak temat układa we własnej głowie i nie upiera sie przy swoim. Od razu mi lepiej, a jak pomyśle jak nam ten rok z Bartkiem zleciał, to zanim się obejrzę, wymaszeruję do pracy raźnym krokiem :) 

14:09, fischerwoman
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 16 listopada 2009
Żle mi.

Czuje się jakby coś we mnie umarło. Dolina totalna.Dzień za dniem taki sam.Codzinne wstawanie, przewijanie, karmienie,zabawy,spacer i wypatrywanie R. w oknie kuchennym. Dzień świstaka.Oczywiście jest w tych dniach też słońce, uśmiechy, małe łapki na szyi czy wtulona głowa,ale i tak mam poczucie,ze każdego dnia jakaś cząstka mnie woła,ze chce do pracy, do ludzi, do świata. Wszystko gna do przodu a ja stoje w  miejscu a pewnie też się uwsteczniam. Załuje, ze wychowywania dzieci nie mam we krwi, ze nie potrafię pod niebiosa chwalić, jak mi dobrze w domu, że nie potrafię do końca cieszyć się faktem, że mogę być w domu z dzieckiem. Nawet nie wiem,o czym mam R. opowiadać , kiedy ten wraca z pracy do domu. O wielkiej kupie, o nowej umiejętności Bartka czy o czym? Przeciez ja w ciągu dnia niczego nie oglądam, nie czytam... Dziś zadzwoniłam do babci, a ta zapytała czy tęsknię za pracą. Wlaśnie podczas takich rozmów wszystko we mnie pęka i dociera prawda. Tęsknota odżywa, od roku czai się za plecami, potrafię ją stłumic na jakiś czas,ale niespodziewanie wyłazi i zżera mnie od środka. Ostatnio rzuciłam w powietrze, ze w przyszłym roku chcę wrócic do pracy, R. od razu odparł, że mu sie ten pomysł nie podoba. Czeka nas poważna rozmowa na ten temat, inaczej się zmarnuję.

22:14, fischerwoman
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 09 listopada 2009
Liśćopadł.

Szaro, buro za okne, mży mżawka (niezeł połączenie słów,zwłaszcza dla obcokrajowca :)). Na Drzewach ostatnie listki - nawytrwlsze z wytrwałych. Dobrze,ze ciepła i światła dodaje kominek, choć od rana mam wrażenie, że zapada zmierzch. Jak ja nie cierpię takich dni, ech!

Sobotnie przedpołudnie spędziłam na sprzątaniu domu, R. w tym czasie stał w długiej kolejce, by opony na zimowe wymienić. W moim aucie wymienił tydzień temu, w sowim dopiero teraz. Wrocił koło południa i chciał mie do serwisu Skody wyciągnąć,ale wolałam zostać sama, sprzątnąć działkę R., ale byc sama. Pojechali. Ostatnimi czasy dużo pretensji zebrało mi się pod adresem R. pewnie dlatego potrzebowałam tej smaotności. Zebrać myśli przy Bartku to awykonalne, a jak się coś we mnie zbiera to też jak osa jestem i mam mniej cierpliwości do własnego dziecka. Wyzyłam się w sprzataniu łazienki, zrobiłam obiad i zanim się obejrzałam, wrócili. Popołudnie zleciało nie wiadomo kiedy, wieczorem mieli wpaść D. i M.Niestety Bartek był wyjątkowo oporny w pójściu spać, kładłam go chyba z 30 razy, a ten jak nowo narodzony wstawał w łóżeczku, trejktając "tatattattaa". Dolne dwójki mu idą, stąd to rostargnienie. Jak zwykle pomógł żel na dziąsła,ale i tak zasypiał 40 minut-wulkan energii :)

Jak zwykle wieczór z D. i M upłynął w sympatycznym nastroju. Opowiadali o wycieczce do Grecji, eksperowym zwiedzianiu (z winy przewodnika) i ogólnego rozczarowania Grecją. Potem pokazali nam projekt swojego domu, z budową któego chca ruszyć na wiosnę, a w nas się znowu obudził zapał do budowy nowego domu (choć caly czas konczymy pierwszy), wiemy ze wybudowalibysmy zupełnie inny dom, inaczej urządzili itd. choc oczywiscie na rozważaniach poprzestaniemy, na razie na głowy nie upadliśmy :) Wieczór zakończymiśmy partyjką scoobiego (rozbudowana gra w chińczyka), wygrała D. i doszlismy do wniosku, ze wyszyscy nasi goście wygrywają, bo jestesmy takimi dobrymi gospodarzami domu, by goście sie u nas czuli dobrze pod kazdym względem :)

W niedzielne przedpołudnie odwiedzilismy stary cmentarz, gdzie pochowany jest pradziadek R. ze strony ojca. Tuż przed wyjściem droban sprzeczka z R. która  rozpętała sie na dobre, to co we mnie siedziało wyszło na światło dzienne, dużo gorzkich słów wzajemnie wypowiedzianych, choc od emnie chyba więcej, łez,ale na koniec przeprosilismy sie, nosy wydmuchalismy, poprawiłam makijaż i jednak na ten cmentarz pojechaliśmy. Dobrze nam zrobił ten spacer, choc zmarzliśmy trochę. Sam cementarz ma bardzo duzo zabytkowych grobowców ludzi pochowanych na początku XX wieku a urodzonych jeszcze w wieku XiX. Choc widac,ze wiele grobów juz zlikwidowano, 3/4 to juz nowe pochówki. Odchodza ludzie, odchodzą rodziny a wraz z nimi pamięć i finanse, dzieki którym te stare pomniki mogą tam stać. Jest jeszcze jedna część cmentarza, pochowane małe dzieci, ale i dorośli, gdzie groby powoli zrównują się z ziemią i gdyby nie znicz wstawiony w gąszcz trawy i liści, nikt nie zauważyłby, że to grób. Smutne to.

Popołudniu skoczyliśmy do CH, bo R. chciał kupić części w sklepie modelarskim i oczywiście skusił mnie na kupno rogali, bo rogalowe szaleństwo ruszyło pełną parą. Święto św. Marcina to najsmaczniejszy akcent listopadowej szarzyzny :)

A dziś rozmawiałam z siostrą - miała jutro przyjechać do nas z M.,ale A. skrecił nogę w kostce i dziewczyny raczej nie przyjadą. Buuuu,a takie miałysmy plany,ze razem pofilcujemy...Ale rozumiem, ja bym tez R. nie zostawiła w takiej sytuacji.  Poprosiłam R. by wysłał dziś kurierem rogale dla nich, będą mieli słodką niespodziankę :)

Sącze kawę, B. śpi, choc pewnie za moment się obudzi, słucham nowej płyty Kayah, jestem zauroczona, tym bardziej ze to moja pierwsza jej płyta :)

 

13:22, fischerwoman
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
Fischerów nocne rozmowy cd.

Wczorajszy wieczór. Czytam książkę, z głośników sączy się ledwo słyszalna muzyka. R. śpi na moim ramieniu. Słysze, Ze Bartek pojękuje w sypialni,wiec ide sprawdzić, co się dzieje. Ot, przekręcał się i miał za mało miejsca w łózeczku. Wracam do salonu, R. leży na boku, głowa ręką podparta, oczy otwarte. Nawiązujemy rozmowę:

R: kto wygrał?

Ja: a kto grał?

R:no Ty, różaniec, Czech i wszystko

Ja:rózaniec wygrał

R:hmm? (uśmiech), to amen.

Głowa opadła mu na poduszkę i zasnął z uśmiechem na ustach :)

Ja to mam komedianta w domu i za to też go kocham :*

12:34, fischerwoman
Link Komentarze (3) »
niedziela, 01 listopada 2009
Nieodświętne święto.

Dzień Wszystkich Świętych rozpoczęliśmy już o 9.40 przy grobie dziadka R.(ze strony mamy). Spotkalismy sie z teściami i poszlismy niemal biegiem na groby dziadków R. (ze strony taty). Bartek wysiedział w wózku tylko kilkanaście minut, potem było chodzenie, spacerowanie a dalej marudzenie-w wózku źle, na rękach, na nogach źle. Poszliśmy jeszcze do pradziadków R., zapaliliśmy znicze i stwierdzilismy, że uciekamy z cmentarza, bo Bartek zaczął swój koncert. Powoli robił się senny, zasnąć w wózku nie mógł, zimno dziś, wietrznie,baliśmy się, że płacząc, nawdycha się zimnego powietrza i gardło przeziębi. Zresztą dzisiejszy dzień jest dniem zadumy, zatrzymania się w ciszy,spokoju przy grobach najbliższych a płaczący i krzyczący Bartek tylko ten spokój ludziom zakłócał. To była kespresowa wizyta na cmentarzu. Nie spotkaliśmy żadnej rodziny R, nie było nawet okazji z teściami porozmawiać. I tutaj najbardziej mnie rozczarowali. Rozstaliśmy się ot tak, po prostu, bez zadnego zaproszenia na herbate, o obiedzie nie wspominając. Zawsze na kawe szlismy do babci R.,ale w tym roku jest chwile po zabiegu i niczego nie szykowała, na cementarz tez nie miała sily przyjechac. Oboje z R. mielismy nadzieje,ze tę pałeczkę teściowie przejmą - bardzo sie pomylilismy. R. Zadzwonił do babci, umowil sie ze wpadniemy na chwile, Bartek nam w aucie od razu zasnąl, by pospał trochę wstapilismy na kawe do McDrive'a a potem do babci pojchalismy. Dawno sie nie widziałysmy z babcią, dawno prawnuczka nie widziała, wiec sie ucieszyła, ja herbate przygotowałam, Młody szalał usmiechniety, zwłaszcza z miotlą,bo kuchnie chciał zamiatac.Pogawedzilismy, babcia nam historie swojej choroby z detalami opowiedziała. Wrócilismy do domu, zrobiłam obiad, po obiedzie poszlismy na spacer. Niestety zimno nas przegnało do domu,wiec całe popołudnie spedzilismy w domu przy kominku,zabawach z Bartkiem, R. upiekł placek z jabłkami.

U moich rodziców dzis był obiad. Co roku jest. Tak jak co roku jest odswiętnie, wesoło, bardzo rodzinnie. My zjedlismy obiad sami, tescioiwie sami, babcia prawie nie je nic,ale tez była sama.I teraz nie wiem, czy my powinnismy taki obiad urządzic, bo moze tesciowie od nas oczekuja zaproszenia, a moze ni nie potrzebuja takich obiadków proszonych? R.pamieta jak przez lata wszyscy po cmentarzu jechali do babci na kawe lub obiad,ale ostatnimi laty tradycja poszła w zapomnienie,ze wzgledu na wiek babci. Czuje taki niedosyt i smutek,ze nam sie tutaj rodzina zebrac nie moze. Nie dosc ze nieliczna, to jeszcze kazdy w idzie w swoja strone, nawet w święto. Smutne fakty. Za rok do M. jedziemy i na pewno u mamy będzie obiad. "Nie ma jak u mamy..."

20:31, fischerwoman
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 października 2009
Aspołeczniak.

W poniedziałek spotkałam się z K. i jej synkiem Jaśkiem. Jaś ma 9,5 miesięca i jest uroczym i pogodnym dzieciaczkiem. Poszłyśmy z K. na spacer, w tym czasie zaczął sie bunt Bartka w wózku, ryki, płacze, wyginanie na wszelkie strony. Pomogło dreptanie na własnych nóżkach. Nie muszę pisać jak się namęczyłam idąc za rękę z niepewnie jeszcze stąpającym Bartkiem i prowadząc wózek drugą ręką po osiedlowych wertepach. Chwilą oddechu miał być super plac zabaw,ale najciekawsza okazał się bramka zamykająca wejście na ów plac zabaw, wiec kiedy Jasiek radośnie uśmiechał się na huśtakach, my radośnie sterczeliśmy przy furtce-ot, syna mam woźnego :) Po ponad godzinnym spacerze K. zaprosiła nas do siebie na herbatkę, z czego chętnie skorzystałam. Niestety, nie było mi dane wypić czegokolwiek, ponieważ na kazdy radosny pisk Jasia, Bartek uderzał w taki płacz, że ledwo byłam go w stanie uspokoić. I co go uspokoiłam, to znowu wybuchał płaczem. A co poradzić na usposobienie Jaśka? Po prostu cieszył się chłopak z obecności kolegi, za to nasz Bartolini nie rozumiał tych okrzyków, stąd napady płaczu. Nie mamy kontaktu z innymi dziećmi, na osiedlu są albo dużo starsze albo maleńkie w wózkach, w rodzinie posucha z dziećmi,wiec nasz nie wie, jak sie zachowywać w obecności innych maluchów. Taki płacz nie pojawił sie po raz pierwszy, nie tak dawno w CH podeszło do Bartka dwoje dzieci, dziewczynka usmiechała sie zalotnie a chłopiec probował pobawić się, ale nie - Bartek uderzył w płacz. Taki coś aspołeczny jest ten nasz syn. Liczę na przyszłoroczne lato, kiedy będzie juz niemal dwulatkiem, bedzie badziej garnął sie do zabawy w piaskownicy, na placu zabaw, to i dziećmi sie dogada :) A z K. nadal będziemy próbowały skumplować naszych chłopaków :)

Za to dziś Bartek był bardzo dzielny. Rano byliśmy na szczepieniu-odra, świnka, różyczka i nawet nie pisnął,kiedy pani podała szczepionke :) Był po prostu zainteresowany drewnianą szpatułką do badania gardła i zanim się obejrzał, już było po szczepieniu :) Przy okazji pani doktor zmierzyła go i zważyła - chłop jak dąb: 81cm i 12kg żywego srebra :)  Bogata jestem, a co! :)

15:22, fischerwoman
Link Komentarze (6) »
wtorek, 27 października 2009
Poimieninowo i pokoncertowo :)

Na imieniny R. zaprosiliśmy teściów i sąsiadów na godz. 15.00, bo ostatecznie ustalismy z R., że jednak w sobote na próbe pójdę. Nasz dydrygent niestety ma to do siebie,ze lubi pewne rzeczy zmieniać tuż przed samym koncertem i obawiałam sie,ze cos mnie ominie i dowiem sie o zmianach dopiero w niedziele. Tesciowie przybyli punktualnie, sasiedzi K. i E przyjechali później. Na samym początku przeprosiłam i wytłumaczyłam swoje wyjscie,oczywiscie wszyscy zrozumieli i problemu nie bylo. Tesciow na koncert nie zapraszałam, bo raz mi odmówili, twierdzac,ze oni za tego typu śpiewem nie przepadają (przy okazji koncertu kolęd-moj pierwszy duzy koncert),bylo mi wtedy przykro,wiec  na kolejne przykrosci sama siebie narażac nie bede. Posiedzielismy przy kawie i torcie węgierskim, porozmawialismy chwile, teściowie poszaleli z Bartekiem. Musze przyznać sprawiedliwie,ze coraz czesciej rece wyciągaja do wnuczka, coraz chetniej sie z nim bawia, jakby nabrali odwagi.Cieszy mnie to bardzo, bo juz myslalam,ze oni zawsze do wnusia beda podchodzic z dystansem. Proba trwała prawie dwie godziny, kiedy wróciłam do domu teściów juz nie było, byli za to K. i E, wykąpalismy Bartka, polozylismy go spac i pogralismy w remika-niestety przegalismy z sąsiadami,ale rewanż umówiony :)

W niedziele rano zaplanowalismy wyjazd na targi modelarskie. Niestety B. zasnął nam w aucie,wiec wrocilismy do CH, zrobilam zakupy na jarmarku staropolskim, przelecialam sie po sklepach, kupilam ciasto na wieczor i pojechalismy na targi. Po raz kolejny zanim zdążyłam zrobic chocby jedno zdjęcie, padł nam aparat, tym bardziej,ze bylo mnóstwo ciekawych makiet kolejowych, zawody wyscigówek zdalnie sterowanych i ogólnie duzo zabawek dla małych i duzych chłopaków :) Za jakis czas R. ma zamiar budowac swoja makiete, ja bede odpowiedzialna za flore i faune,wiec tez sie przy okazji pobawie. Po targach szybko wrocilismy do domu, zadowolilismy sie pizza z Pizzy Hut, ja biegusiem szykowalam sie na koncert, a probe mielismy poltorej godziny przed koncertem. Widac,ze wszyscy mieli mega stresa, nawet dyrygent. Przespiewalismy tylko kilka (z 11) utworów,bo juz ludzie sie zaczeli szybciej schodzic, zreszta wczesniej byli jeszcze zwiedzajacy zamek. Oczywiscie bylysmy ubrane na czarno,wspolnym akcentem byly albo czerwone róze przy bluzkach albo czerwone korale na szyi. I chociaz kazda miala inne korale, wygladalysmy naprawde dobrze :) Udalo mi sie rpzywitac z Audreyka i jej mężęm i M. i J, którzy równie z zaproszenia skorzystali. Nawet R. przyjechał z B. na koncert,ale młody za długo nie wytrzymał i juz na drugiej piesnie musieli wyjsc z koncertu. Szkoda... Niestety nie wiedzialam,ze przed naszym koncertem bedzie gral zespol instrumentów blaszanych, ich wystep zabral ten czas, któy Bartek by wysiedzial na wystepie mojego chóru. Ale co tam, nastepnym razem. Oczywiscie najtrudniejszy byl poczatek,ale jakos poszlo.Najgorzej chyba wypadł drugi utwór, choc kiedy pózniej pytałam znajomych czy rzuciło sie w ucho,ze cos poszlo nie tak, stwierdzili,ze przcietny słuchacz nie jest w stanie bledów wyłapac. Tym lepiej dla nas :) Pomiedzy utworami byly podziekowania dla dyrygenta, zarzadu chóru, wreczanie dyplomów, nagród, prezentów itp. w drugiej czesci koncertu zaspiwalismy kolejen piesni, jedna z zespolem instrumentów blaszanych a na koniec na pozegnanie "Good night sweet heart". Dopiero po koncercie policzyłam,ze śpiewalismy w 5 językach, ale zdolniachy z nas :) Poza tym ten przekrojowy koncert pokazał,ze muzyka chóralna to nie tylko utwory sakralne, to takze mozlwiosc wykonania utworów rozrywkowych, bo nasze "Umowilem sie na dziewiata", "Le champs elysees", "Wesołe jest życie staruszka" czy "Serduszko puka w rytmie czacza" to przeciez szlagiery sceny rozrywkowej. Po koncercie był jeszcze tort i szampan, ja pojechałam do domu, bo M. i J. byli zaproszeni na kawe. Polozylismy B. spac i posiedzielismy z M. i J. do 22.00 gawedząc o tym i owym. Bardzo brakowalo takiego spotkania, dawno sie w czwórke nie widzielismy i nagromadzilo sie tematów od liku. Oczywiscie pozegnalismy znajomych z mocnym postanowieniem rychłego spotkania, choc wiem jak będzie...

Ten jubileuszowy koncert uswiadomił mi jedno, śpiewanie jest jak narkotyk-wciąga mnie bez reszty i ciezko sie od niego uwolnic. Mialam tylko zaspiewac na jubileuszu,ale bede spiewala nadal, jakos sobie poukładamy zycie i mam nadzieje,ze nawet wyjazdy R. pogodzimy z próbami. Teraz mamy tygodniowy urlop, pewnie za moment ruszymy z próbami kolęd, po raz pierwszy zapachnie świętami :)

12:42, fischerwoman
Link Komentarze (6) »
piątek, 23 października 2009
Przedimieninowo i przedkoncertowo.

Jutro R. ma imieniny. Kupilam mu obcinaczke do cygar i kubanskie cygaro. Lubi ten moj chłopak zapalić sobie cygaro od czasu do czasu,ale juz wiem,ze może palic jedynie te najsłabsze, bo po średnim miał ostatnio (na taty urodzinach w sierpniu) mega kaca ;)). Popołudniu przyjadą tęsciowie i przyjdą sąsiedzi. Na stół wjedzie tort węgierski z cukierni "Merkury", mniam - nie jadłam go półtora roku...

Niestety, jutro mam próbę przed niedzielnym koncertem, akurat o 16.30 i nie wiem,co robic? Powinnam na tej próbie być,ale akurat będą goście :( Jezeli zaprosimy gosci na 15.00 to czy zrozumieją,kiedy półtorej godziny później ich opuszczę? W sumie już powiedziałam R. że nie pójdę na próbę. Wczesniej gosci zaprosic nie mozemy, bo R. pracuje...zawsze coś.

Plany na niedzielę są następujące:wczesne śniadanie, wyjazd na targi modelarskie, jak się uda odwiedziny na cmentarzu na Nowinie a potem pędem do domu na obiad i będę się szykowała na koncert.Już mam stresa.

18:32, fischerwoman
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 października 2009
Fajnie było

być świadkiem wzruszonych słów przysięgi małżeńskiej Audrey i T. w piątkowe popołudnie. Nie jednej z nas zakręciła się łezka. Nasza Audreyka niemal unosiła się nad ziemią podczas całej ceremionii, wyglądała przepięknie, skojarzyło mi się z Jackie Kennedy :) Fajnie było wyściskać Młodych i życzyć naj, naj, naj na nowej drodze życia :) Fajnie było po mszy wypic herbatkę i zjeść ciacho w cukierni z Brommbą, Blue i Doran - dziewczyny-oby wiecej takich zmontowanych na szybko spotkan :) Fajnie bylo umowic sie na kolejne spotkanie z dziewczynami, tym razem u Brommby -ale rodzić wspolnie nie bedziemy, prawda Bromm???;))) I fajnie bylo wrocic do cieplego domu, ciepłego męża i ciepłego zasypiającego dziecka w zimny deszczowy wieczór...nic więcej mi nie trzeba :)

23:29, fischerwoman
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13