sobota, 21 stycznia 2012
Porażka.
Wczorajszy przedszkolny Dzień Babci i Dziadka był porażką dla teściów. Dzieci przygotowały układy taneczne do kilku piosenek, były laurki i wazoniki ręcznie ozdobione przez dzieci. I jak pierwszy taniec Bartek zniósł mężnie, bo tańczył, coś tam śpiewał, to w drugiej i trzeciej piosence stwierdził, że jest za głośno, wycofał się z grupy, zatkał uszy i tak przeczekał do końca występów. Kiedy przyszło do wręczenia babciom i dziadkom laurek, Bartek nie chciał podejść do babci, odwracał się od niej i w ogóle nie cieszył, że jest. Ustalone było, że rodzice nie przyjeżdżają na tę uroczystość, że po uroczystości dziadkowie mogą zabrać wnuczęta do siebie (dzieci są tak podekscytowane, że nie ma mowy, by zostały w przedszkolu) a jak nie, dzieci mogą zostać w przedszkolu.
Teściowie mieli bardzo dużo chęci, by Bartka zabrać do siebie, R. dzień wcześniej podwiózł im fotelik samochodowy i nawet chcieli przywieźć wnuka do domu. Ja rozmawiałam o tym z Bartkiem w domu, tłumaczyłam, zachęcałam, wielkiego optymizmu nie było, kilka razy nawet powiedział, że nie chce, ale mieliśmy cichą nadzieję, że w ferworze tego święta, jednak z teściami pójdzie. Niestety. Bartek nie pozwolił dziadom się dotknąć, nie było mowy o tym, by razem wyszli. Zaczął płakać. Sprawę ratowała pani Basia, który tuleniem i odpowiednim podejściem wyciszyła Bartka. Teściowie stali jak słupy soli, teściowa zanosiła się od płaczu. Było jej przykro. Teść zadzwonił, bym przyjechała odebrać syna (tak się wcześniej umówiliśmy, że w razie problemów, nie zostawiam Bartka w placówce, tylko po niego przyjeżdżam). Reszta dzieci wymaszerowała z dziadkami do domu. W 20 minut byłam w przedszkolu, na początek musiałam uspokoić płaczącą teściową, bo Bartek już spokojny, siedział wtulony w panią Basię.
Przy wyjściu usłyszałam komentarz od teścia o nieodciętej pępowinie. Zacisnęłam tylko zęby.
Zaprosiłam teściów do siebie na kawę, posiedzieliśmy godzinkę, teść wyłgał się jakimiś zakupami, choć widziałam, że teściowa posiedziałaby jeszcze trochę. Podczas kawy teściowa podejmowała temat, dlaczego Bartek się ich boi, dlaczego jest taki niechętny wobec nich, próbowała nawet proponować, by teść przyjeżdżał odbierać Bartka z nami, by ten oswoił się z faktem, że dziadek go również odbiera z przedszkola. Teść nie pod jął tej rozmowy, siedział i milczał. Równie dobrze mogę wykreślić ich z upoważnienia w przedszkolu, Bartek z nimi nie wyjdzie.
Teraz przykro jest mi, R., teściowej. Mam wrażenie, że tylko teść ma to w głębokim poważaniu. Jest jak stal, chłodny i obojętny. We mnie i R. się zbiera jad, kiedyś nie utrzymam języka za zębami, ale wtedy powiem wszystko to, co mi leży na wątrobie i o wspólnych uroczystościach z nimi będę mogła zapomnieć.
Ja mam po prostu dosyć tych relacji z nimi, z tym biernym podejściem do wnuka i patrzeniem na niego jak na dziwoląga. To jest wnuczek, którego oni się wstydzą. Mało mówi, szybko się irytuje, jest uparty – takiego go znają, bo nie chcą poznać jego innej strony. To nie jest wnuczek, którym można pochwalić się przed sąsiadami, taki który śpiewa, tańczy, recytuje. Tylko, że z drugiej strony publicznie aż ćwierkają i udają, cudownie grają przed obcymi wspaniałych dziadków zainteresowanych swoim wnukiem.
Jestem na nich cięta, bardziej na teścia, choć teściowa jest kompletnie podporządkowana swojemu mężowi. Nie wiem, co w takiej sytuacji robić? Odpuścić sobie, czy proponować teściom jakieś rozwiązania, tylko, że ich trzeba prosić a mnie już prośba, po kilku odmowach, nie przechodzi przez gardło….
wtorek, 17 stycznia 2012
Zbieram się w sobie.
Powtórna angina odpuszcza. Dziś zrobiłam wymazy z gardła i nosa, laryngologowi wydaje się podejrzany gwałtowny powrót anginy po silnym antybiotyku (w środę skończyłam brać antybiotyk, w sobotę znowu gardło zawalone i temp. prawie 39st.) Dziś jest już naprawdę dobrze. Mimo zwolnienia do końca tygodnia, jutro wracam do pracy. Stresuję się, że przez tę dwutygodniową chorobę nie puszczą mnie szybciej do nowej firmy, a zaległości się piętrzą...
Rozchlapana zima za oknem, ale w mojej głowie już świta wiosna, może raczej przedwiośnie. Waga zadawalająca, tylko ciało mało sprężyste, miękkie jak ciasto drożdżowe :( Zajrzałam dziś na stronę klubu sportowego, już mam ochotę wskoczyć w dres, doładować kartę i poskakać na dance aerobiku, spróbować Zumby, powrócić na jogę czy zdrowy kręgosłup. Daje sobie jeszcze czas do końca stycznia, by wykurować się całkowicie. A potem startuje. W sklepie sportowym kupiłam cienkie rękawiczki i czapkę,bo od marca ruszam z nordic walking, sąsiadka się delkaruje, że będzie chodzić ze mną, razem będzie raźniej :) W wazonie pierwsze tulipany, choć w kominku trzaska ogień, jakoś mi dzisiaj zimno. Rozgrzewam się herbatą lipową z miodem, jeszcze chwila leniuchowania i ograniam dom :)
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Dobrze być w domku.
Kiedy mija gorączka 38,5st., kiedy można już przełykać, kiedy ciało nie odmawia posłuszeństwa i można wstać i zrobić chociaż kilka kroków, kiedy od leżenia w łóżku nie bolą już plecy, wtedy dopiero doceniam, jak fajnie jest być w domku :)
Muszę powiedzieć, że w minionym tygodniu dni mieszają mi się jak w mikserze. R. jako opiekun spisał się na medal, a Bartek udowodnił, że mama może leżeć plackiem w domu a on i zje (a to podgryzł jabłko, a to chrupki ryżowe wyjadał z szuflady) i się napije (sam sobie robił sok - syrop malinowy+ przegotowana woda z dzbanka) i sobą zajmie (bajki w tv, ksiązeczki, klocki Lego), bez szkód dla swojego zdrowia.Więc leżałam, prawie nic nie jadłam i tylko przyjmowałam leki. Po trzech dniach nastąpiła znaczna poprawa,ale dawno nie widziałam siebie w piżamie przez kilka dni (angina i zapalenie oskrzeli, antybiotyk,10 dni zwolnienia).
Dzisiaj jeszcze kaszląca i trochę oszołomiona (antybiotyk tak na mnie działa), ale delektująca się czasem, który mogę spędzić w domu z własnym dzieckiem (Bartek znowu przeziębiony). Jednak świadomość faktu, że to tylko kilka dni w domu, że za tydzień wracam do pracy, do ludzi, zajęc które lubię trzymają mnie w pionie psychicznym.
Firma nie chce się ze mną za szybko rozstać, usłyszałam mnóstwo pochwał od szefa, że bardzo dobrze mu się ze mną pracuje, że miałam dostać nowe obowiązki, by się rozwijać (tak to się teraz nazywa ;)) i że bardzo żałują, że odchodzą. Chyba będzie rekrutacja na moje stanowisko, więc prawdopodobnie dopiero z końcem lutego mnie puszczą. Jak dla mnie dobrze, bo łapię kolejne dni urlopu, a chcieliśmy wyskoczyć nad morze lub w góry właśnie pod koniec lutego. Akurat w tym czasie będą wielkopolskie ferie, nam wszystkim przyda się zmiana powietrza :)
A teraz z kubkiem kawy idę pobawić się z synkiem. Dobrze mi :)
piątek, 30 grudnia 2011
Sylwestrowa dziewczyna kończy kolejny rok :)
W tym roku nie będę rozbiła podsumowania, bo jeszcze się okaże, ze tych ciężkich chwil było więcej niż chwil radosnych.
W tym roku wchodzę w Nowy Rok z nadzieją, ale i obawą o zdrowie najbliższych.
W tym roku kończę rok w pracy a jutro oblewam okrągłe urodziny – stuknęło mi 35 lat :)
W tym roku, jak co roku, życzę Wam radości, jasności w sercu i umyśle, błogiego spokoju i lekkiego stanu ducha. A przede wszystkim zdrowia, bo gdy jego zabraknie, wszystko inne przygasa. Jutro zaś życzę zabawy, śmiechu, szampana i baletów do rana! ;)
Do siego roku!
piątek, 23 grudnia 2011
Jak to można zmienić podejście po latach.
Jak to się można przez lata zmienić widzę teraz, kiedy porównuję moją pierwszą Wigilię, organizowaną, u nas całe 6 lat temu a tę jutrzejszą.
Pamiętam ten stres, który towarzyszył mi 6 late temu już od początku grudnia, co ugotować a co zamówić, jak przystroić dom a czy krzeseł, sztućców wystarczy, a jedzenia ???. Dodam, że gościliśmy u siebie całe 13 osób, więc to było małe wesele, ale za to każdy coś ze sobą przywiózł – mama ugotowała barszcz z uszkami, teściowa zupę rybną, siostra upiekła karpia. Oczywiście, my na głowie mieliśmy najwięcej, ale teraz kiedy na to patrzę, to ten stres i rozwiany włos były niepotrzebne ;)
Jutro gościmy tylko teściów i babcię R., ale przygotowań jest również mnóstwo. Nauczyłam się jednak spokoju i większego luzu. Może teraz jestem bardziej zorganizowana, może nie przeraża mniejuż myśl „ co teściowie powiedzą i czy będzie im smakowało?”. To nie to, że się mniej staram, ale chyba nabrałam pewnej odwagi w kuchni i przeświadczenia, że nie każdemu musi wszystko smakować. Podpatrzyłam również u teściów, że oni się nie napinają na 12 dań, jak to jest w moim domu, więc i ja się nie napinam. Uszka i pierogi kupiliśmy, miałam plan, by zrobić, ale w tym tygodniu położyło mnie wirusowa przeziębienie, kuruje się, raz jest lepiej, raz gorzej. Bartek dołączył do mnie, więc w przypadku pierogów i uszek, wsparłam się kupnymi. Reszta robiona własnoręcznie: karp smażony, karp z rodzinkami, ryba po grecku, barszcz, kapusta z grzybami, kutia, kluski z makiem, kompot z suszu, keks, sernik. Nazbierało się i tak. Wszystko powoli gotuję, cześć już stoi na tarasie, śmiejemy się z R.,że to takie polskie – balkony i tarasy zastawione garami :) Za chwilę kończę rybę po grecku i zrobię sernik na zimno – ponieważ tradycyjny opada, postanowiliśmy zrobić w tym roku inny :) Pierniczki już skruszały, część wisi na choince, którą ubraliśmy w środę, część jeszcze w puszkach czeka na święta. Czuję, że dam radę, mimo choroby, ale przy wsparciu R. dam radę. Za rok też zrobię Wigilię, ale taką dużą, jak sześć lat temu, chcę wszystkich u siebie zobaczyć :)
Z innych spraw, muszę się pochwalić, że dostałam pracę firmie, w której w połowie grudnia byłam na rozmowie. Wszystko wydarzyło się we wtorek i środę, kiedy poproszone mnie o podanie dwóch osób do referencji, zadzwoniono tylko do jednej (mojego byłego szefa Francuza) i tyle im wystarczyło. Wieczorem dostałam konkretną propozycję – całkiem niezłą pensję, przez rok umowę na czas określony, pakiet medyczny, fundusz emerytalny, ubezpieczenie na życie, bonus roczny J Po roku podwyżka i umowa na czas nieokreślony i te same dodatki. Do tego w roku jest jeden wolny dzień dla rodziny i dostaje się np. wejściówki na basen czy bowling J Zapytałam tylko o czas pracy (mogę sobie wybrać godziny: 7.00-15.00 lub 8.00-16.00 lub 9.00-17.00), w wakacje można brać urlopy a w sobotę pracuje się tylko 1 raz w roku na dyżurze, kiedy jest szczyt produkcji. Po tych informacjach dałam pozytywną odpowiedź, firma czeka na mnie do 01 kwietnia, ale jak mi się uda wcześniej odejść z mojej obecnej firmy, to oni bardzo się ucieszą :) Brommba, utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto do tej firmy pójść, dziękuję Bromm! :) We wtorek składam wypowiedzenie, na razie normalne z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia, bo pewnie szefa nie będzie, a po Nowym Roku idę negocjować rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. Do nowej firmy będę miała o 15 km bliżej i jest tuż obok firmy R., więc kiedy już okrzepnę i poczuję, że mogę wychodzić z pracy punkt 16.00, to będziemy jeździli jednym autem.
Szukam również pani, która mogłaby odbierać Bartka wcześniej z przedszkola (Bartek nie daje rady do godz. 16.30), zgłosiły się już 3 panie, ale zabiorę się za to po Nowym Roku. Wierzę, że znajdę taką ciocię/babcię dla Bartka, która z jednej strony da sobie z nim radę, z drugiej wypełni pewną lukę niezapełnioną przez babcię czy dziadka.
Ze smutnych wieści to ta, że szwagier przestał reagować na dotychczasową chemię, dostał nową, po której źle się czuje a i tak czeka go przeszczep – albo własnego (oczyszczonego) szpiku (75% prawdopodobieństwo nawrotu choroby) albo od osoby z zewnątrz. Na badania wybierają się jego siostra i brat, więc trzymamy kciuki, by mogli być dawcami. Jeśli nie, będziemy szukać dawcy na całym świecie. A zegar tyka, jest jak bomba. Ech, a już było lepiej….
Wesołych Świąt dziewczyny, niech Wam będzie radośnie i lekko w gronie najbliższych a w Nowym Roku wesoło i beztrosko!
czwartek, 15 grudnia 2011
Foto przymiarki do świąt.
Stroik na drzwi i renifer, ale czyż nie jest słodki i jakie ma rozumne oczęta?

wtorek, 13 grudnia 2011
Na dywaniku u pni dyrektor, o koncernie, zakupach i może wyjeździe.
Miało być świątecznie a jeszcze nie jest, za to jest długo :)
Kiedy wczoraj poszłam odebrać Bartka z placówki, jedna z pomocy przedszkolnych poinformowała mnie, ze pani dyrektor zaprasza mnie do siebie. Nie musze pisać jak mi się grunt pod nogami usunął… Pani dyrektor poprosiła mnie, bym opowiedziała jej o moim synu, bo ona była świadkiem jednej sceny, kiedy Bartek krzyczał na korytarzu, chciała go uspokoić, ale to jeszcze sprawę pogorszyło itd. No więc zaczęłam opowiadać, jak jest, że Bartek ma problem z emocjami, że chodzimy na zajęcia integracji sensorycznej, że był badany przez psychologa, neurologa, logopede, że fizycznie w głowie zwoje poukładane prawidłowo (eeg, rezonans ok.), ale układ nerwowy sobie nie radzi, stąd szybko się irytuje a zgiełk przedszkolny często doprowadza go do kryzysu w formie płaczu i krzyku, bo jest nadwrażliwy słuchowo i dotykowo. Dużo mówiłam, że szukamy dalszych przyczyn, że się staramy, że nawet zrobiliśmy Bartkowi badanie włosów na obecność metali ciężkich, które zaburzają mowę i wpływają na niestabilność emocjonalną i agresję u dziecka. „Pogadanka” z panią trwała prawie godzinę, młody pod drzwiami ucho przystawiał, słyszałam jak się pytała „mama dzie?” (tzn, gdzie mama?). Powiedziałam dyrektorce, że zawsze jestem u pań, po jakiejś „akcji”, kiedy Bartek przeskrobie i nie dostanie naklejki (dzieci codziennie dostają naklejki, naklejają je na kartki z gąsienicą – 5 sztuk to tydzień, jak uzbierają wszystkie, jedzą śniadanie w złotej koronie, to takie wyróżnienie), że wypytuje, szukam „ogniska zapalnego” co spowodowało, że się wkurzył. Niestety Bartek ma problem z wykonywaniem poleceń albo kiedy zwróci mu się uwagę. Jak do tego dodamy wpływ pogody (wiatr jest okropny), hałas, sam fakt, że ma silny charakter (no obstawiam, że po jednym lub drugim dziadku), to takich awantur w tygodniu jest kilka. Zapewniłam panią dyrektor, że mamy w domu zasady, nie pozwalamy Bartkowi na wszystko, byle mieć święty spokój, ale w domu łatwiej nad nim zapanować, odprowadzić do pokoju i szybciej uspokoić, bo po domu nie biega pozostała 24 dzieci. Generalnie do pań przedszkolanek ciężko się dostać, bo pracują od godz. 6.00 do 14.00 a druga od 8.00 do 16.00, wiec kiedy z wywieszonym językiem dobiegam do przedszkola o 16.30 pań już nie ma. Czasami wpadam do placówki o 7.00 i wtedy dopadam którąś z nich i ustalam różne sprawy, bo przecież jako skarbnik Rady Rodziców ciągle mam jakieś kwestie finansowe. Sprawa się jeszcze bardziej skomplikowała, bo jedna z pań właśnie poszła na L-4 a druga pracuje w godzinach 8.00- 16.00 L Dyrektorka poprosiła mnie, bym rozmawiała tylko z paniami przedszkolankami, bo pomoce przedszkolne nie mają pedagogicznego przygotowania i ogólnie nie one prowadzą grupę. Usłyszałam dużo dobrych słów, że jesteśmy świadomymi rodzicami, że rzeczywiście angażujemy się mocno, by Bartka przeprowadzić przez ten trudny okres, że ona chce pomóc, że się będzie starała pomóc, bo dla wszystkich te bartkowe sytuacje są trudne. Zdeklarowałam się, ze uzyskam od Bartka fizjoterapeutki wytyczne dla przedszkola, co należy z robić na zajęciach, by jeszcze mu pomóc (wszelkie manualne zajęcia jak najbardziej wskazane oraz te fizyczne, dlatego Bartek chodzi na rytmikę). Wyszłam z tego spotkania zmęczona jak po maratonie,ale mam nadzieje, że wspólnymi siłami, cierpliwością a i konsekwencją w działaniu wszyscy przez to przebrniemy bez szwanku.
Choć kiedy wczoraj wieczorem kąpałam Bartka i z powodu tego, że nie chciał wyjść z wanny i rozpętał wieczorne piekło, odechciało mi się żyć. Ja nie wiem, czy któraś z Was potrafi to zrozumieć, że mam ochotę uciec od własnego dziecka, nie chce na nie patrzeć a gadać z nim tym bardziej, że mam dosyć domu i męża, choć on najmniej winny. Nie mam sił. Jestem psychicznym wrakiem, który coraz mniej sobie radzi z takimi stresującymi sytuacjami. Żyje w permanentnym stresie , ciągle gdzieś komuś muszę tłumaczyć, że Bartek ma problem, a ten problem i mnie zaczyna przerastać. Jestem po prostu przemęczona. Finał wczorajszego wieczoru był taki, że przeryczałam cały wieczór, rano wstałam jak zombie z podkowami pod oczami i na godz. 11.00 pojechałam do koncernu na rozmowę w sprawie pracy.
Samo rozmowa była całkiem miła, dwie panie mnie przesłuchiwały przez 45 minut, konkurencja jest niesamowicie duża, wątpię, by coś z tego wyszło, ale życie toczy się dalej. Przed świętami mają zadzwonić czy tak czy nie. Czasami żałuje, że nie mam w sobie tego amerykańskiego myślenia , że jestem the best. Tam tak się wychowuje dzieci, tam wszyscy tak o sobie nie tylko myślą, ale i mówią. Podejrzewam, że czasami takie podejście załatwiło by mi kilka spraw w życiu… Ale co tam, jaka by nie była informacja z koncernu. R. i tak kręci nosem, bo ma kolegę, który stamtąd uciekł do mniejszej firmy za mniejsze pieniądze, bo wyścig szczurów tam, to norma. Nie wiem, czy w tym dziale też, ale dla mnie byłby to milowy krok w karierze, rozwoju osobistym, a mając 30 lat pracy przed sobą, myślę o takich sprawach, choć parcia na awanse nie mam. Ja chcę się po prostu czegoś nowego nauczyć. Moja obecna firma ledwo wiąże koniec z końcem i nie widzę tam dla siebie perspektyw. Koncernu trochę się boje, a trochę jestem ciekawa.
Próbowałam odreagować dzisiejszy i wczorajszy stres w CH. Chłopaki moje pojechały do fryzjera, ale okazało się, że ten wyniósł się na drugi koniec miasta. Ja nie wykazałam chęci podróży z nimi, zostałam zrzucona pod CH, więc siłą rzeczy w Solarze, Zarze, Sephorze, Calcedonii się obkupiłam. Trochę prezentów, trochę dla siebie, bo ruszyły przeceny a w szafie ciągle mam braki (schudłam, wszystko wisi). Panowie odebrali mnie z Centrum i późnym wieczorem wróciliśmy do domu.
Nie powiem, by zakupy bardzo pomogły, mój smutek wewnętrzny jest tak silny, że nawet odechciewa mi się świąt. Myślę o tym, by w piątek po pracy sama pojechać do siostry. Tak dawno się nie widziałyśmy, tęsknię za moją rodziną okrutnie a i od syna bym odpoczęła i nawzajem byśmy za sobą zatęsknili. Nie wiem, to ostatni weekend przed świętami, jak pojadę, nie wiem, jak się wyrobię z przygotowaniem Wigilii i jeszcze jednego się boję – jechałabym 300km sama, pierwszy raz i po ciemku. Pomyślę.
piątek, 02 grudnia 2011
Dzisiaj idziemy do kina :)
O tym, jak dobrze mieć sąsiada – chrzestnego Bartka dowiemy się dzisiaj wieczorem. M. oferował się wielokrotnie w kwestii przypilnowania chrześniaka, byśmy na kolację czy do kina skoczyli. Wiadomo, że każdy ma swoje życie, sprawy, do tego M. do późna pracuje (facet stanu wolnego), więc nie chcieliśmy mu głowy zawracać.
Jednak, skoro po raz kolejny się zaoferował, postanowiliśmy wykorzystać wuja i dzisiaj wieczorem położymy Bartka spać, M. przyjdzie do nas o 21.00 a my na godz. 21.30 skoczymy do kina na „Listy do M.”. Odkąd nasza opiekunka pracuje u innej rodziny po 12 godzin dziennie, odtąd nie mamy możliwości wyjścia gdziekolwiek, tylko we dwoje. Zasmakowaliśmy miodu przez kilka miesięcy, więc tym trudniej jest nam teraz. A ostatni raz w kinie byliśmy 2 lata temu w Nowy Rok na „Awatarze” ;)
Za to już ma skompletowaną domową kolekcje grudniowych filmów, które co roku oglądamy i wcale nam się nie nudzą, co więcej – zawsze czekam na ten moment, kiedy je włączymy : ) W kolejce świątecznych filmów czekają: „Love actually”, „Dziennik Bridget Jones” cz.I ; „Witaj Święty Mikołaju” z Chevy Chase’m, pewnie jeszcze załapiemy się na „Kevin sam w domu”, słyszałam, że będzie na Polsacie J Od kilku lat ten zestaw budzi we mnie ciepłe uczucia i dodatkowo wprawia w dodatkowy świąteczny nastrój J
W domu rozpoczęłam świąteczne sprzątanie. Zawsze chciałam tego uniknąć, ale nie potrafię. Lepiej się czuję, kiedy w święta mam okna umyte, wysprzątane wszystkie kąty, wyszorowane góry szafek kuchennych, zapach świeżo wypranych firanek. Z takiego domu wyszłam i nie potrafię tego zmienić, mało tego – takie przedświąteczne sprzątania sprawia mi prawdziwą przyjemność J.
Kombinuję, jak by tu tydzień przed świętami na weekend skoczyć do siostry a jeszcze potem dać radę z przygotowaniem Wigilii. Muszę zobaczyć się z moją rodzinką a zwłaszcza z siostrą, bo u nich niewesołe miny. Szwagier miał mieć teraz ostatnią chemię, nawet odwołali przeszczep szpiku, cały grudzień miał spędzić w domu a tu się w czwartek okazało, że ma bardzo złe wyniki, 15 grudnia wraca do szpitala na nowy zestaw chemii i nie wiadomo, czy wróci na święta do domu... Siostra ma doła, ogoliła szwagrowi głowę, napisała mi tylko, że ma siwy mech na głowie i wygląda na 20 lat starszego. Wiem, że to tylko włosy i odrosną, ale to jest kolejny etap walki z chorobą, trudny dla rodziny, przez który trzeba przebrnąć i się z nim oswoić. Ech, cięzkie to wszystko...
Dobra, odchmurzam głowę od ciężkich myśli i zaczynam sę napawać perspektywą wieczornego wyjścia :)
Przyjemności Wam życzę w weekend!
piątek, 18 listopada 2011
Powinnam.
Powinnam napisać, że operacja żylaków się udała, że chodze, pracuje, lekko kuśtykając. Z dnia na dzień jest coraz lepiej, wczoraj zdjęłam sobie szwy, w poniedziałek jadę na kontrolę. W klinice leżałam ze wspaniała kobietą - wielokrotną mistrzynią olimpijską w kajakarstwie a w rankingu szpitali- ten,w którym leżałam jest nr1 :)
Powinnam napisać, ze u R. w firmie totalne zamieszanie, pracownik okradł firme na 500 tys. zł, szef grzmi, ze zamknie firme z końcem roku a od czerwca nie zapłacił R. prowizji - bardzo, bardzo dużo pieniedzy :( Zaciskamy pasa, bo nie wiadomo jak będzie. Dobrze, że wróciłam do pracy, szkoda, że stało sie to tuz przed świętami.Ten rok jest dla nas naprawdę niełaskawy.
Powinnam napisac, że szwagier dziś wraca do domu po 3 tyg. w szpitalu, że za 2 tyg. ma próbny przeszczep szpiku a święta na pewno spedzi w domu :) Za to w tym tygodniu szwagra ciotka (mamy soistra) zmarła na raka wątroby - 2 tyg. temu dowiedziała się o chorobie i już jej nie ma...
Powinnam napisac, że mieliśmy święta spędzić z moją rodziną,ale Bartek jest non stop przeziębony,teraz powoli wychodzi z zapalenia oskrzeli, ale katar ma ciągle. Musimy chuchac i dmuchać na szwgra i nie możemy przywieźć mu żadnych bakterii i wirusów... Za to zrobimy skromna Wigilię u nas, do teściów nie chcę jechać, bo tam Bartek musi zachowywac się jak w muzeum "prosze nie dotykac eksponatów" :) W domu bedzie miał dużo swobody i radości z tych świąt :) A i ja zaczynam snuc plany, jakby dom ustroić :)
Powinnam napisac, że Bartek wymawia koleje słowa, że łączy je w proste zdania, że pięknie ćwiczy na zajęciach z integracji sensorycznej, że w wielu sprawach jest daleko dalej niż rówieśnicy, że zrobił się spokojniejszy,ale jeszcze daleko do ideału. Nic to, cieszymy się bardzo choćby z drobnej poprawy :)
Powinnam napisać, że w pracy mam mnóstwo do nadrobienia. Że przez rok po moim odejściu nikt palcem nie kiwnął, a od 2009 roku to była pozorna praca, pudrowanie, byle przejść audit. Nadrabiam zaległości z 2008 roku, z 2010 też. Mam nadzieje,że ogarnę tę kuwetę :)
Powinnam...... ale wieczorem nie mam siły otworzyć komputera, zebrać myśli i napisać czegoś sensownego.Zasypiam przed tv i nad ksiązką, myslę że organizm musi się przywyczaić do zmiany trybu życia.
Za to pozdrawiam i życzę udanego weekendu :)
poniedziałek, 07 listopada 2011
Dajemy radę w nowej rzeczywistości.
Kołowrotek ruszył.Wróciłam do pracy. Pobudka o 5.30, wyjście z domu o 6.45 - cała nasza trójka. Najpierw zawozimy Młodego do przedszkola, potem zawozimy R. do pracy a potem ja dobijam do swojej firmy. Moje szczęscie, że pracuje na godz. 8.30, bo w życiu bym nie zdążyła na 8.00, skoro przjeżdzam przez cały przebudowujący się P. Z powrotem gnam po R. i dalej jedziemy po Bartka. Jego mi najbardziej szkoda, bo jest ostatnim dzieckiem odbieranym z placówki, tak ok. 16.30.
Musze powiedzieć, że nasze dziecko daje rade, przebywając tak długo w przedszkolu. Strasznie sie bałam, ze bedzie płakał, kiedy zobaczy, że inne dzieci już poszły a on zostaje,ale nie - naprawde jest dzielny. Dumna jestem z niego jak paw :) I tylko teraz,kiedy to pisze, to mnie szlaczek trafia, bo przeciez kawaleczek od przedszkola mieszkaja teściowie i teść, który w stołek pierdzi i nie pracuje, a mógłby jedynego wnuka wcześniej odbierać. Jezuuu!
A w pracy dobrze. Czuje sztylety w plecach od tych, którym sie mój powrót nie spodobał,ale wydaje mi się, że tych, którzy mnie wyściskali jest więcej :) Na razie sie wdrażam, próbuje odnaleźć w dokumentach D. (mojej zastepczyni), która nawet nie tknęła moich folderów, tylko pozakładała nowe. Przez rok nikt mojej roboty nie ruszał, wiec nawet teraz nadrabiam zaległości z 2008 roku. Najsmutniejsze jest to, że wynieśli mój komuter, telefon, monitor a nawet krzesło, tak jakby moje stanowisko miało być zlikwidowane. Smutne. Owszem, mam na czym pracować, ale mój sprzęt chyba pamięta początek kapitalizmu w Polsce. Najgorszy jest komputer, żółw przy nim to sprinter... Byłam juz w IT zapisać sie na coś nowszego,kto wie- może w styczniu?
W domu staramy się panować na bałaganem na bieżąco, by nie wracać do chaosupóźnym popołudniem. W sobote robimy generalne sprzątanie. Powoli następuje nowy podział obowiązków, przecież ja na 2 etaty nie dam rady. Na szczęście R. przejmuje obowiązki z pokorą :)
W czwartek mam zabieg usunięcia dwóch żylaków - po jednym na każdej nodze. To skutki uboczne Zoladex'u oraz genetycznych predyspozycji. A że przede mna kolejne hormonki, porządek z żyłami musi być. Zabieg robie prywatnie u dobrego specjalisty, wiec mam nadzieje, ze nie bedzie zbytnio widać blizn. Oczywiście w czwartek musze wziac wolne,wiec dawno tak sie nie czułam głupio przed szefem :( Ale w poniedziałek wracam do pracy, dobrze że weekend przed nami, bede miala 3 dni na podleczenie :)
Szwagier też daje rade - trzecią chemię znosi dzielnie, choć cierpi i puchnie do tego stopnia, że go własna córka nie poznała. Najgorsze jest to, że zostawiaja go na długo w szpitalu, bo po chemii ma bardzo słabe wyniki. Wychodzi tylko na kilkudniowe przepustki, o ile ma lepsze wyniki. Powiedział, że nigdy tak za domem nie tęsknił. Wysyłam do siostry rogale marcińskie, by A. zawiozła i sama pojadła, bo oni również je uwielbiają :)
Ja tu o rogalach, a w Ikei już choinki ubrane, palety z ozdobami przy kasach i stoły świątecznie ustrojone. Mnie jeszcze daleko do tych klimatów, handel rządzi się innymi prawami :)
|
|