RSS
wtorek, 31 stycznia 2012
Odkurzanie małżeństwa.

Gdzieś tam ostatnio napisałam w komentarzu (i nawet zrobiłam szkic wpisu, którego nie miałam sił opublikować) a mafijnym babeczkom wspomniałam o pewnych zawirowaniach w  moim sercu w związku z małżeństwem.

Pewnego dnia dopadła mnie smutna refleksja, że wszystko już mamy za sobą, że ogień mocno przygasł i skrzydła opadły po obu stronach. Była rozmowa z R., łzy, postanowienia, by się przyjrzeć i postarać. Słowa Brommby dały mi do myślenia, fakt, że na głos wyartykułowałam swoje wątpliwości, sprecyzowałam je, w pewnym sensie przeraziły mnie, ale też zmobilizowały do tego, by nie odpuścić :)

A wiecie, co mnie najbardziej postawiło do pionu? W życiu bym się nie spodziewała... W sobotę (na uczelni) ukradkiem przeleciałam wzrokiem artykuł w poczytnej gazetce o wielkiej miłości Piotra Adamczyka i Kate Rozz. I kiedy tak czytałam, fale gorąca mnie zalewały, bo wspomnienia sprzed 11 lat wróciły. Artykuł skojarzył mi się z nami, przypomniał podobne sytuacje, szalone przyjazdy R. do mnie do Gdyni z ciepłymi bułeczkami na śniadanie, pełną mobilizację, kiedy skończyła mi się umowa i firma jej nie przedłużyła a mnie grunt usunął się spod nóg, łapanie każdej chwili z tych weekendowych dni, wszak byliśmy parą na odległość, potrzebę by ciągle być razem, obok siebie, na sobie ;), potrzebę którą przeprowadziłam do P. razem ze swoimi rzeczami oraz przeświadczenie, że jesteśmy dla siebie pisani. I zdałam sobie sprawę, że ogień nie przygasł, tylko pokrył go kurz, że trzeba trochę posprzątać, odświeżyć, włożyć odrobinę wysiłku. Widzę, że oboje się staramy i czuję, że to, co robimy, jest tym, czego potrzebujemy.

Powoli wstępuje we mnie spokój, że będzie dobrze :)

10:06, fischerwoman
Link Komentarze (10) »
sobota, 21 stycznia 2012
Porażka.

Wczorajszy przedszkolny Dzień Babci i Dziadka był porażką dla teściów.  Dzieci przygotowały układy taneczne do kilku piosenek, były laurki i wazoniki ręcznie ozdobione przez dzieci. I jak pierwszy taniec  Bartek zniósł mężnie, bo tańczył, coś tam śpiewał, to w drugiej i trzeciej piosence stwierdził, że jest za głośno, wycofał się z grupy, zatkał uszy i tak przeczekał do końca występów. Kiedy przyszło do wręczenia babciom i dziadkom laurek, Bartek nie chciał podejść do babci, odwracał się od niej i w ogóle nie cieszył, że jest. Ustalone było, że rodzice nie przyjeżdżają na tę uroczystość, że po uroczystości dziadkowie mogą zabrać wnuczęta do siebie (dzieci są tak podekscytowane, że nie ma mowy, by zostały w przedszkolu) a jak nie, dzieci mogą zostać w przedszkolu.

Teściowie mieli bardzo dużo chęci, by Bartka zabrać do siebie, R. dzień wcześniej podwiózł im fotelik samochodowy i nawet chcieli przywieźć wnuka do domu. Ja rozmawiałam o tym z Bartkiem w domu, tłumaczyłam, zachęcałam, wielkiego optymizmu nie było, kilka razy nawet powiedział, że nie chce, ale mieliśmy cichą nadzieję, że w ferworze tego święta, jednak z teściami pójdzie.  Niestety. Bartek nie pozwolił dziadom się dotknąć, nie było mowy o tym, by razem wyszli. Zaczął płakać. Sprawę ratowała pani Basia, który tuleniem i odpowiednim podejściem wyciszyła Bartka. Teściowie stali jak słupy soli, teściowa zanosiła się od płaczu. Było jej przykro. Teść zadzwonił, bym przyjechała odebrać syna (tak się wcześniej umówiliśmy, że w razie problemów, nie zostawiam Bartka w placówce, tylko po niego przyjeżdżam). Reszta dzieci wymaszerowała z dziadkami do domu. W 20 minut byłam w przedszkolu, na początek musiałam uspokoić  płaczącą teściową, bo Bartek już spokojny, siedział wtulony w panią Basię.

Przy wyjściu usłyszałam komentarz od teścia o nieodciętej pępowinie. Zacisnęłam tylko zęby.

Zaprosiłam teściów do siebie na kawę, posiedzieliśmy  godzinkę, teść wyłgał się jakimiś zakupami, choć widziałam, że teściowa posiedziałaby jeszcze trochę. Podczas kawy teściowa podejmowała temat, dlaczego Bartek się ich boi, dlaczego jest taki niechętny wobec nich, próbowała nawet proponować, by teść  przyjeżdżał odbierać  Bartka z nami, by ten oswoił się z faktem, że dziadek go również odbiera z przedszkola. Teść nie pod jął tej rozmowy, siedział i milczał. Równie dobrze mogę wykreślić ich z upoważnienia w przedszkolu, Bartek  z nimi nie wyjdzie.

Teraz przykro jest mi, R., teściowej. Mam wrażenie, że tylko teść ma to w głębokim poważaniu. Jest jak stal, chłodny i obojętny. We mnie i R. się zbiera jad, kiedyś nie utrzymam języka za zębami, ale wtedy powiem wszystko to, co mi leży na wątrobie i o wspólnych uroczystościach z nimi będę mogła zapomnieć.

Ja mam po prostu dosyć tych relacji z nimi, z tym biernym podejściem do wnuka i patrzeniem na niego jak na dziwoląga. To jest wnuczek, którego oni się wstydzą. Mało mówi, szybko się irytuje, jest uparty – takiego go znają, bo nie chcą poznać jego innej strony. To nie jest wnuczek, którym można pochwalić się przed sąsiadami, taki który śpiewa, tańczy, recytuje. Tylko, że z drugiej strony publicznie aż ćwierkają i udają, cudownie grają przed obcymi wspaniałych dziadków zainteresowanych swoim wnukiem.

Jestem na nich cięta, bardziej na teścia, choć teściowa jest kompletnie podporządkowana swojemu mężowi. Nie wiem, co w takiej sytuacji robić? Odpuścić sobie, czy proponować teściom jakieś rozwiązania, tylko, że ich trzeba prosić a mnie już prośba, po kilku odmowach, nie przechodzi przez gardło….

11:02, fischerwoman
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2