RSS
poniedziałek, 21 lutego 2011
Opiekunka na start.

Dziś opiekunka była u nas pierwszy dzień, a właściwie 3 godziny. Z powodu mrozu (rano-16,5 st.C) zamarzł jej samochód,wiec przyjechała autobusem i zdziwiła sie,ze z przystanku szła tylko 7 minut :) A ja dziś musiałam wstac 2 godziny wcześniej, by na jej przybycie było juz po porannej toalecie, śniadaniu i ogarnięciu domu. Dobrze, ze jutro mamy "wolne" :) Oczywiście weekend i koniec ubiegłego tygodnia minęły mi na sprzątaniu, zaglądaniu w zakamarki,bo nasze dziecię ciąga za sobą gości wszędzie i zawsze jak na złość zabawka wpada w dziurę niesprzątaną od pół roku a oczka ludzi lataja i skanuja...

Bartek przywitał sie chętnie, zrobiłam herbatę, porozmawiałyśmy o przedszkolach i przyszedł czas na zabawę. Widziałam, ze za bardzo nie wiedziała, co robić,jakie zabawy wymyślać. Jednak opieka nad półrocznym dzieckiem(takie doświdczenie ma) a zabawy z 2,5 latkiem to zupełnie inna bajka a nie wiem,czy na studiach uczą zabaw. Sama zaczęłam aranżować zabawy,by rozkręcić i ciocię B. i samego Bartasa. Trochę szło jak po grudzie, ale w pewnym momencie kontakt zaskoczył i mogłam pójść na górę,by wstawic pranie a zaraz potem wyprasowałam cały kosz bartkowych ciuchów, co oznaczało, ze dziecię nie trzymało mnie kurczowo i nawet mogłam mu zejść z pola widzenia :) 

Te 3 godziny upłynęły bardzo szybko. Oczyiście Bartek pokazał jak potrafi się złościć, raz przy mnie i opiekunce, gdzie ja reagowałam a raz przy samej opiekunce (kiedy prasowałam),ale nie wkraczałam do akcji,by sama sie uporała z tego typu sytuacją i znalazła sposób na Bartka. Niech sie dziwczyna zaprawia w boju. Jeszcze wiele takich akcji przed nią.

Jestem dobrej myśli, mam nadzieję,ze B. rozwinie skrzydła, nabierze odwagi, może poszuka gdzieś pomysłów na spędzenie czasu z dzieckiem, które jest bardzo żywe i szybko się nudzi każdą czynnością. Sama wiem po sobie,ze to nie jest łatwe zadanie, mam to przecież na co dzień. Jestem tylko ciekawa, kiede bede mogła wyść poza za próg naszego domu na dłużej niż do garażu czy śmietnika :)

16:18, fischerwoman
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 14 lutego 2011
Amor, amor.

W sobotę wszystko było na swoim miejscu i dosłownie i w przenośni, bo to dzień, kiedy przed południem sprzątamy a kiedy R. wrócił z pracy, wziął się za obiad (sam, z własnej nieprzymuszonej woli), miał ochotę usmażyć naleśniki. Więc tata i syn stali w kuchni przy garach, mama odpoczywała z WO w dłoniach :) A potem wspołne zabawy z Młodym. Wieczorem wpadli sąsiedzi, by zagrać w remika.

Niedzielny poranek rozpoczął się o 5.40, kiedy to Bartek postanowił wstać i nie przemawiały do niego żadne argumenty w stylu "traktor śpi, dom śpi, krowy śpią" itd. Nie i koniec, dla niego skończyła się noc. Mam naprawdę kochanego męża, który w każdy weekend pozwala mi się wsypać do woli, tym razem również zajął się Bartkiem, a ja do 9.00 się wysypiałam. Nie wiem,czy to już wiek, ale nie jestem w stanie normalnie funkcjonować, jeśli nie prześpię 8 godzin.

Późne, spokojne śniadanie i niespodziewanie szybka drzemka Bartka - wtulił się we mnie, nakryłam go kocem i o 10.30 zasnął, musiał chłopak odespać poranek. Kawa z męzem, aksamintna muzyka radiowa, wspolne rozmowy i oddzielne buszowanie po internecie - półtorej godziny minęło w mgnieniu oka.

W ramach Walentynek mieliśmy zaplanowany obiad w Młyńskim Kole, gdzie jak zwykle jedzenie było przepyszne. Porcje obiadowe są olbrzymie, więc połowę naszego obiadu kelnerka zapakowała do pudełek. Niestety jak sie później okazało R. zapomniał zabrać obiad z szatni, tak się zagadał z panem szatniarzem... Byłam pozytywnie zaskoczona ilością rodziców z małymi dziećmi, które bardzo dyskretnie wędrowały między stolikami lub przystłuchiwały się muzyce fortepianowej na żywo. Przyzwyczaiłam się, że mamy Walntynkowy obiad w trójkę i bardzo mi to odpowiada. Młody od zawsze chodzi z nami do restauracji (i z okazji i bez)i choć czasami narozrabia (tym razem rozsypał sól i pieprz), to ogólnie umie się chłopak zachować w takim miejscu.

Ponieważ popołudnie dopiero się zaczęło, postanowiliśmy odwiedzić babcię R.,ale okazało sie, ze w czwartek miała mały zabieg i teraz po nim odpoczywała. Nie chcielismy jej najeżdzać w takim stanie,wiec umówiliśmy sie, ze wpadniemy za tydzień. Do teściów nie mieliśmy ochoty jechać i doszliśmy do wniosku, że nie mamy kogo odwiedzić ot tak, spontanicznie. Gdyby moi byli bliżej, pewnie już byśmy pojechali do siostry czy moich rodziców. Wybraliśmy za to szybką wizytę w AlmiDecor (szukamy nowej lampy nad stół w salonie), chcieliśmy zjeść w Pralince dobre ciacho,ale wszystkie stoliki okazały sie zajęte, więc ćwiartka dakłasa pojechała z nami do domui tam przy kawie została spałaszowana :)

Wieczorem potomek padł już o 20.00, R. również uciął sobie drzemkę do 21.00, podczas której wypisałam walentynkową kartkę i wraz z drobnym prezentem zaniosłam R. do samochodu, by dziś rano przed pracą je znalazł :). Później obejrzeliśmy "W pogoni za szczęsciem", już dawno nie widziałam tak smutnego filmu (oparty na faktach) i dawno się na filmie nie wzruszyłam. To jeden z tych filmów, który przypomina, ze dach nad głową, pieniądze na przeżycie każdego dnia i szczęscie rodziny rodziny to te wartości, które zazwyczaj mamy,a o których moze czasem zapominamy i nie doceniamy. 

A dziś wzruszyłam się po raz kolejny, kiedy w DDTVN zobaczyłam małżenstwo z 80-letnim stażem, on ma 102 lata a ona 99 lat i choćby chwili żyć bez siebie nie mogą.Nam to nie bęzie dane, za późno się poznaliśmy...

 

12:09, fischerwoman
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3