RSS
czwartek, 28 kwietnia 2011
Mamy przedszkolaka!

Ufff, udało się z przedszkolem, do kórego złożyliśmy papiery w miniony piątek. Osiedle obok tego, do którego się Bartek nie dostał, może nie takie super, ale znam dwie mamy, które tam prowadzały własne dzieci i były zadowolone. W czerwcu spotkanie z rodzicami, wszystkiego sie dowiemy :)

Od soboty ruszamy z akcją "żegnaj pieluszko". 20 par majtek czeka, żegnamy także bodziaki a witamy koszulki :) pewnie łatwo nie będzie,ale nie ma na co czekać. Jest coraz cieplej, za równo 2 miesiące jedziemy na długie wakacje, uciekną nam 3 tygodnie z lipca a potem zanim się obejrzymy będzie już wrzesień a do przedszkola Bartke musi iść już odpieluchowany. Wiadomo, że jeszcze na noc pieluszkę dostanie,ale w ciągu dnia tylko nocnik lub nakładka na toaletę, aaa i jeszcze muszę nauczyć  Bartka siusiac na stojąco, bo w przedszkolach są małe pisuarki (choć nie wiem,jak będzie w przedszkolu Bartka) a i pewnie w czasie podrózy też może się ta umiejętność przydać.  

Święta minęły bardzo szybko. Niedzielne śniadanie u teściów, popołudniu przyjechała siostra z mężem i córką. Posiedzielismy, pogadaliśmy, pojedliśmy dobroci. Poniedziałkowy dzień rozpoczął się bitwą na dzieciece pistolety między R. a moją siostrą i o mało nie zakończył się tragicznie - R. uciekał przed siostrą i poslizgnął się na mokrej podłodze, upadał na plecy, dobrze, że nie uderzył głową o podłogę i nieczego nie połamał, prawy nadgarstek mocno obił, plecy, biodra też. I tak zakonczyło się polewanie wodą. Szkoda,ze było zimno na dworze, przeciez tam mogli ganiać łącznie z dzieciakami. Bartek piszczał i śmiał się, nie wiedząc do końca o co chodzi, ale za rok dostanie od nas taki sprzęt, że ciocia będzie mokrusieńka :) Po śniadaniu pojechalismy na Malte - 2 godziny spaceru, szaleństwa Bartka w kulkach, na dmuchanym smoku, na zjeżdzalniach, placu zabaw a i tak ani nie padł w aucie ani w domu, bez snu normalnie funkjonował do samego wieczora. Popołudniu mielismy jeszcze wpaśc na kawe do babci R.,ale ja juz nie dałam rady, byłam strasznie zmeczona, wiec pojechalismy do babci we wtorek. W sumie mogę powiedziec, ze zamiast odpocząć, nieźle się w te święta zmachałam.  

Ze mną coraz lepiej :) Pewnie wszystkich wprawię w szok, ale sama sobie zdjęłam 6 szwów, goi się na mnie jak na psie, po weekendzie odberami wyniki histopatologiczne i juz w środę mknę z nimi do gina. Czasami żałuję, że nie potrafię udawać bardziej chorej niż jestem, przynajmniej miałabym czas na leniuchowanie. R. wrócił do pracy, pomimo dwutygodniowej opieki na mnie. Wiem, ze musi pracować, bo sam nas jeden utrzymuje, ale czasami wolałabym móc się zatrzymać, poużalać nad sobą i trochę odpocząć. W domu nie potrafię odpoczywać, wiecznie jest coś do roboty. Teraz jest najwięcej prania. Bartek codzinnie przychodzi z dworu taki umorusany, że sterty prania piętrzą się niemiłosiernie a samo się ani nie wypierze ani nie powiesi, ściągnie, wyprasuje i włoży do szafy...Faceci jednak inaczej podchdzą do porządku. Kiedy leżałam w szpitalu, R. tylko "odgruzowywał" dom na przyjście opieunki (no bo głupio) i na mój powrót. Ciekawe,co by powiedział, gdybym to ja tak zapuszczała dom i odgruzowywała go na przyjście gości?

Majowy weekend spędzimy w domu. 06 maja R. leci na Bali,choc na początku zrezygnował,bo nie wiedzieliśmy, co bedzie ze mną. Tylko niestety muszę postawić pewne ultimatum - w tygodniu,kiedy R. ma być nieobecny, przychodzi do nas cieśla i ma nam zadaszać taras. To jest duża poważna robota, R. będzie 13 tys. km stąd, 8 godzin do przodu, ja się nie znam ani na krokwiach, ani na płytach poliwęglanowych ani nie będę użerać się z cieślą, który jest z tych, co to z babami gadać nie chce. Więc albo R. zostaje w domu i cieśla wchodzi z robotą albo R. leci na te tygodniowe wakacje a cieśla wchodzi później. Jak to ustali, sprawa R.- ja na siebie nie biorę takiej roboty. Zołza jestem, co? :)

Edycja: R. sam stwierdził, że chce być w domu podczas robót cieśli,więc przed jego wyjazdem cieśle wykonają część prac a reszte po jego powrocie. I wcale nie musiałam stawiać żadnego ulitmatum ;)))

12:41, fischerwoman
Link Komentarze (16) »
piątek, 22 kwietnia 2011
W(y)pis szpitalny.

W poniedziałek o 7.00 stawiłam sie w izbie przyjęć, zanim trafiłam na swoje łożko, minęło niemal 5 godzin. Pobieranie krwi, badanie USG, badanie ginekologiczne w asyście co najmniej 15 osób (lekarze, położne, asystenci, studenci) i dalej czekanie, czekanie, czekanie na czczo oczywiscie trwało aż tyle godzin. Ten szpital to kombinat - łożko jeszcze nie wystygnie po pacjentce, już zakładana jest nowa pościel. Ja sama, czekając na wypis, zostałam poproszona o zwolnienie łożka. Poniedziałek upłynął na pogaduszkach z dziewczynami z podobnymi problemami i sasiadkami z sali (byłysmy we 3) i oczywiscie na uroczych wlewach w liczbie dwóch. Trzeci wlew został zarezerwowany na rano. Wieczorem pojawił sie Doktorek, zapewnił, że to on nastepnego dnia o 7.00 bedzie mnie operował i zażartował, bym ze soba rozmawiała wewnetrznie,by @ się nie rozwinęła. No to rozmawiałam :)

Wtorek - godz. 5.15 mierzenie temperatury, ciśnienia i wlewka. Ubrałam sie w uroczą kusą sukienusię obnażającą nie tylko pupę,ale i cały mój przód do pępką włącznie- troczki były,ale tylko po jendej stronie. Czepek na głowę równie gustowny. "Głupi Jaś" ogłupił mnie mocno, tak więc na sali przedoperacyjnej tańczyły mi płytki na ścianach. Pamiętam tylko maseczkę przykładaną do twarzy a potem juz tylko zimno, mierzenie ćiśnienia, sen, krótki powrót do rzeczywistości i tak w kółko przez 2 godziny. O 12.30 zjechałam do swojej sali i ledwo kojarząc wysłałam smski, że żyję :) Dalej juz tylko sen. Popołudniu położna zmusiła nie do krótkiego spaceru, wróciłam niemal biegiem. Już wiedziałam, że te narkoze odchoruje, czułam sie fatalnie. Potem przyjechał R., jak mówił miałam lodowate dłonie i usta, tę wizyte pamietam jak przez mgłę. Zadzwonił Doktorek powiedział, że operacja była trudna, nie spodziewał sie takich zrostów, torbiel przyrosła do wielu organów, dlatego o włos uniknęłam rozcięcia i dał radę wyciąć wszytsko laparoskopowo. Normalnie taki zabieg trwa od 12 do 30 minut, mnie Doktorek operował półtorej godziny. Czeka mnie ponownie kuracja Zoladex'em - kurka blada :(( W delikatny spoób przekazał, że o macierzyństwie mogę zapomnieć,ale o tym jeszcze porozmawiamy za 2 tygodnie. Potem zadzwoniła siostra i tak na świeżo musiałam wypłakać doktorkowe wieści. Cały wieczór był kiepski, kroplówki z antybiotykiem i reszta narkozy powodowały torsje,ale dzięki temu poczułam sie ciut lepiej. Ciągnął mnie brzuch z drenem, szwy, bolała mnie cała klatka piersiowa, ramiona, gardło. W nocy nie mogłam spac, z jednej strony czułam sie zmeczona i obolała z drugiej oczy miałam szeroko otwarte. Z radością przjełam ruch uliczny - wstał nowy dzień.

Środa - na obchodzie ustalono, że zdejmą mi dren - co za radośc i ulga, wreszcie będę mogła wziąć prysznic bez butelki między nogami! Udało mi się wykąpać, troszkę pospacerowałam, było już ze mną duuużo lepiej. Co godzinę kroplówki, od poniedziałku nic nie jadłam, wieczorem dostałam kleik i suchary. Przed południem przyszła rehabilitantnka pooperacyjna z dwoma studentkami, które pokazywały nam ćwiczenia wspomagające wyzbycie się z organizmu narozy i zapobiegnięcie martwicy mięśni i zakrzepów w żyłach. Ja ze "swoją" studentką poszłam po ćwiczeniach na spacer a potem w odwiedziny do dziewczyn poznanych w poczekalnie oddziałowej. Dziewczyny też juz były po zabiegach i na chodzie. R. przyniósł mi fatalną wiadomośc, że Bartek nie dostał się do żadnego wybranego przez nas przedszkola i został zapisany do jakiegos przedszkola w bloku- 4 mieszkania na parterze zamienione w przedszkole - bez ogrodu, placu zabaw,z  lokatorami na górze - powiedziałam, ze nie ma mowy, szukamy czegoś innego. Rozpoczęliśmy akcje przedszkole. Wieczorem przez to przedszkole nie mogłam spac,dostalam leki nasenne,ale zanim poszłam spac wpadł Doktorek z pytaniem, co u mnie,jak się czuję i inforamcją, że skoro jest ok., jutro wychodzę do domu. W nocy spałam jak niemowlę.

Czwartek - poranny obchód to była tylko formalność. Usłyszałam, że wychodzę,ale muszę poczekać na wypis. Dostałam śniadanie - bułkę  zmasłem i szynką - marzyłam o niej od poniedziałku :) Wykąpałam się, ubrałam w lekki dres,w  którym miałam jechac do domu, na twarz delikatniuchny makijaż, rzęsy zrobione. Jeszcze obolała, lekko przygarbiona i nadal z welflonem,ale już "odstawiona" poszłam do dziewczyn na pogaduchy. Poczekalnia jak co dzień była pełna nowych pacjentek, dopiero będąc w szpitalu widać, ile kobiet codziennie choruje :( Dziewczyny nie chciały uwierzyc, że mój Doktorek to brat tego aktora, choc jedna z nich tez operował, rozmawiał, wszystkie go widziały, to jakos nie dawały wiary i nie mogły odnaleźć podobieństw - moje kobietki z sali powiedziały, że oni są do siebie bardzo podobni :) Przed południem poproszono mnie bym zwolniła łożko, ale dostałam jeszcze obiad i doczekałam sie wypisu. Równocześnie przychodziły dziewczyny pożegnać sie, życzyłyśmy sobie wesołych świąt, powodzenia i nie do zobaczenia - przynajmniej w takich okolicznosciach. Pół godziny później R. podjechał pod bramę szpitalną :)

Uff, jak dobrze być znależć się w domu. Własny prysznic, własne łozko, pościel, kanapa... Nie było mnie prawie 4 dni a świad dookoła zmienił się nie do poznania, wszystko zielone, wszystko kwitnie :) Dziecko nie szalało z radości na mój widok, Bartek tylko podbiegał i mocno przytulał się do nó,ale ciągle był tam, gdzie tata. Pokazałam mu szwy, gdzie mnie boli i prosiłam, by był delikatny w czułościach-cały czas o tym pamięta. Niestety, od wszystkiego mnie odsunął, nic nie pozwalał przy sobie zrobić, był tylko tata, tata, tata. Kiedy poszliśmy go kąpać i po raz kolejny nie pozwolił mi, bym go rozebrała, nalała płynu do kąpieli, wyszłam z łazienki się wyryczeć. Było mi strasznie przykro, tak bardzo za nim tęskniłam a tu odtrącenie na pełnej linii :( Dziś jest już lepiej, znowu rządzi, kto ma założyć spodnie a kto buty, mama powoli wraca do łask, dużo się do mnie przytula.

Na koniec dodam, ze dziś szukaliśmy przedszkola. Zadzwoniłam do pani dyrektor tego pierwszego, do którego złożyliśmy papiery, powiedziała, ze Bartek jest na 28 miejscu listy rezerwowej,wiec szans na miejsce raczej nie ma,jeśli ktoś zrezygnuje, zreszta przeciez trafił do przedszkola,wiec o co chodzi?  W dostaniu się nie pomogla pani pracujaca w tym przedszkolu, ponoc non stop byly telefony z kuratorium,by przyjac tego,tamtego a rok temu mieli kilka wolnych miejsc. Najbardziej zawiodłam sie na kimś,kto nas namówił na to przedszkole, miał pomóc a palcem nie kiwnął - ten ktoś nazywa siebie moja przyjaciółką... Sąsiadka z osiedla zarezerwowala nam miejsce w niepublicznym przedszkolu,ale po opinii R. klienta,który tam miał syna i kilku opiniach w necie,nie damy dziecka do "przechowalni", gdzie panie nic nie robia, dzieci bawia sie same albo ogladaja tv a pani czyta gazetki, nie ma rady rodzicow, toalety sa w oplakanym stanie, ogolnie nic sie nie dzieje... Dziś rano napisalam piekne pismo (zareklamowalam sie ladnie) do przedszkola,w ktorym jest 9 wolnych miejsc, podpielam pod karte zgloszenia, wyniki w srode po swietach. Nie chce myslec, co zrobimy jesli sie nie uda...

A świeta spedzimy tak: sniadanie u tesciow, popołudniu przyjezdza siostra z mezem i cora. Nie chcialam,by ktos przyjezdzal, chce odpoczac gosci, ale siostra przez ten szpital uparla sie,ze musi mnie zobaczyc, odwiedzic, ze szykuje jedzenie, piecze i ze mam niczego nie szykowac,bo oni wszytsko przywioza i w ogołe beda sie zachowywac tak,jakby ich nie bylo :) I jak tu sie  na takich gosci nie zgodzici? :))) Pewnie w poniedziałkowe popołudnie odwiedzimy babcię R. i bedzie juz po świętach. R. dwoi sie i troi i wszystko szykuje - dzis upiekł sernik a teraz piecze się keks, robi zakupy, sprząta, jutro ciąg dalszy przygotowań do świąt. Nic nie pozwala mi robić, choc i tak wykonuje lekkie czynnosci,bo wiem,ze leżąc na kanapie i nic nie robiąc, dojde do siebie za miesiąc a nie za tydzień - taki ze mnie typ :) Zreszta po szpitalu jest mnie prawie 2 kg mniej, musze trzymac lekka diete - czekolada i banany zakazane,wiec jakbym sie polozyla, byłoby o 4 kg wiecej obywatelki :)

Na koniec mojego dlugaśniego wpisu jeszcze raz dziekuje za kciuki, dobre mysli, pozytywna energię płynącą  od Was - życzliwych mi ludzi i życzę zdrowych, rodzinnych, pięknych Świąt Wielkanocnych :)

21:33, fischerwoman
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4