RSS
piątek, 28 maja 2010
Pani goździkowa ;)

W tym roku moi panowie zapomnieli o mnie w Dniu Matki, obiecali poprawe za rok, wykazali skruche,wiec zostało im wybaczone. Za to ja sama siebie obdarowałam kwiatami, które od kilku lat przeżywają renesans po smutnych komunistycznych czasach. Piekne miniaturowe goździki zagościły w moim salonie :)

 

 

A przy okazji wklejam zdjecie pamiatki z filmu E.T, którą kupilismy Bartkowi,a która mnie bardziej rozczula niż jego :)

13:46, fischerwoman
Link Komentarze (10) »
środa, 26 maja 2010
Wspomnienia z pobytu za oceanem.

UWAGA, wpis dla cierpliwych!

Pobyt w M., by oswoić Młodego z jego nowym tymczasowym domem trwał od czwartku rana, łacznie 5 dni. Od soboty kolację, wieczorną kąpiel i usypianie prowadziła siostra. A ja siedziałam w pokoju obok z pekającym sercem, kiedy pierwszego wieczoru słyszałam marudzenie Bartka i nie mogłam tam wejsc, pocieszyc, zanucić kołysankę. Na szczęscie łez nie było. W niedziele wieczorem jakbym przestała istnieć dla syna, bajka oberzana bez mamy, na kanapie z siostra i kuzynką, spacer do łazienki spokojnym krokiem a potem zabawy w wannie, spokojne ubieranie i zasypianie w kwadrans. Uspokoiłam sie żdziebko.

Podróz do Warszawy od 2 w nocy niemal w całości przespałam. W sumie w poniedziałek wieczorem połozyłam sie tylko na godzine, bylam strasznie zdenerwowana, do tego musiałam dopakowac walizke na wyjazd, kilka razy zajrzec do pokoju Bartka, pogłaskac go po głowce, rączce i ostatni raz napatrzec na dziecię. Do stolicy zajechalismy wczesniej,ale dzieki temu nie stalismy w poranncyh korkach, mielismy chwilke na odswiezenie sie, wypicie kawy i przebranie. Na lotnisku znajome twarze z wyjazdu sprzed 3 lat, nowe rowniez, szybki gin z tonikiem na odwage i lot do Zurichu. Minal szybko, mialam miejsce przy oknie. R. nie lubi startów, ja lądowań, sam lot oboje przechodzimy bez problemów, choc ja chyba lepiej-po prostu nie boje sie latac :) W Zurychu szybkie odwiedziny w sklepiku i kolejka od samolotu do Miami. Niestety wulkan znowu sie uaktywnil,wiec zamiast leciec przez Atlantyk, polecielismy trasa okrezna prze Szkocje, Islandie, Grenlandie, Kanade, Nowy Jork i do Miami. W sumie zamiast niecalych 9 godzin, lecielismy 12. Myslalam,ze nam tyłki odpadna, do tego ucieklismy przed noca, wiec caly czas widno(roznica w czasie minus 6 godzin), ludzie kursowali do toalet, w samolocie zimno (dobrze, ze kocyki i podusie dali a ja mialam ciepla bluze),na szczescie smacznie nas karmili,wiec ledwo, ledwo wytrzymalismy te mordege. Na samym lotnisku w Miami ostatni stres czy wpuszcza nas na teren USA,kontrola odciskow palców, masa pieczatek w paszportach, kilka pytan a  potem uderzyla nas fala goracego i dusznego powietrza, mimo wieczorowej pory. Szybki trnasfer do hotelu, prysznic, kolacja i spac, spac, spac.

Środa w Everglades. Wyjechalismy wczesnie rano, by po 4 godzinach dotrzec do parku Everglades, gdzie lodziami popłynęliśmy w poszukiwaniu aligatorów. Oczywiście takich w naturze nie widzielismy, wcale się nie dziwie, łodziami robiliśmy tyle hałasu,ze wszystkie się pochowaly. Był jeden, dyżurny, smialiśmy się, ze na łańcuchu :) Po wodnej porozy obejrzeliśmy show z aligatorami, za 3 dolary trzymałam na rękach małego aligatorka (mam zdjecie), zjedliśmy na lunch pierwsze amerykańskie hamburgery-były znosne :) Długą podróż powrotną przespaliśmy krótkimi drzemkami.

Czwartek w Kennedy Space Center. Ponownie długa (4 godz.) podróż, dużo śmiechu, rozmów, żartów. W samym centrum mielismy VIP-owskie wejściówki, dzieki którym omijaliśmy potężne kolejki. Nastepnego dnia startował prom kosmiczny, dlatego zjechały prawdziwe tłumy i dorosłych i dzieci. Specjalnym autobusem (jak zwykle zmarzłam na kość od klimy) objechaliśmy najważniejsze miejsca, z których widać było wyrzutnię, byliśmy pod budynkiem, w którym prom kosmiczny jest w całości montowany, pogawędziłam ze starszym panem, który usłyszawszy, z jestesmyz Polski bardzo się ucieszył, bo był w naszym kraju a za młodych lat walczył w Normandii. Wycieczka autokarowa miala trwac 2 godziny,a wozili nas chyba z 6. Specjalny pokaz startu Apollo1, hala z rakietą Saturn5, która wyniosła lądownik księżycowy na orbitę księżycową, sam lądownik, moduł lądownika ziemskiego, wystawa oryginalnych kombinezonów kosmicznych itp. zrobily na nas ogromne wrażenie, choc wszyscy konali już z głodu. Ale tak naprawde największe wrazenie zrobil na mnie sklep z pamiątkami, w którym doszłam do wniosku,ze  Polacy 100 lat by myśleli i by nie wymyślili tych wszystkich gadzietów, pamiątek z centrum lotów kosmicznych od rękawic kuchennych, przez naparstki, foremki do wykrajania cistek w kształcie promu kosmicznego po suszona żywność, która zabieraja ze soba kosmonauci. Prawdziwy amerykański biznes. Oczywiście nabyliśmy kilka gadzetów dla siostry, szwagra i siostrzenicy :)

Piątek. Orlando i Universal Studio. Tutaj dorosły ma prawo być dzieckiem, ma prawo krzyczec, smiac się i zachowywac jak dziecko :) To jeden wielki park rozrywki z mostkami, uliczkami, budynkami z różnych filmów. Byliśmy na Shreku 4D, gdzie kichał na nas osioł, nasze fotele trzęsły się w rytm wertepów, po których jechała kareta Shreka i Fiony, na twarzach czulismy ciepło ognistego oddechu Smoczycy a kiedy pod nasze nogi zjechało stado pająków, poczulismi lekkie smyrgnięcie w kostkę. Piszczałam jak mała dziewczynka, gość koło mnie ze stoickim spokojom zniósł cały filmik, patrzac na mnie jak na kosmitke :) Dalej poszliśmy do E.T, gdzie na rowerach polecieliśmy na planetę E.T, było bajecznie :) W „Man In Black” w wagonikach pedzących przez miasto strzelaliśmy do potworów i nie chwaląc się zdobyłam najwieksza ilość punktów. W „Twisterze” obejrzeliśmy tornado, zapalająca się przed nami stacje benzynowa, spadajacy nam na głowy dach wiaty, przed nosem przeleciała krowa, włosy fruwaly nam od pędzącego wiatru, czulismy się jak uczestnicy filmu. Na „Mumię” poszliśmy dwa razy,ale ten pierwszy raz był przerażająco ekscytujący, kiedy wagonikiem wjechaliśmy do całkowicie ciemnej groty, zasunęły się za nami skalne wrota i spadliśmy do przodu w dół roller costerem, po czym wagonik zahamował i spadł do tyłu z takim impetem,ze myślałam,ze oderwaliśmy się od szyn. Tak krzyczałam,ze kumpela obok myślała,ze siedzi obok głośnika i dziwiła się,jaka jest teraz technika :)Smiechu było mnóstwo, kiedy uzmysłowiła sobie,ze krzykiem z głośnika byłam ja :))))) W „Disaster” przeżyliśmy chwile grozy w wagoniku metra, gdzie na peronie wybuchł pożar, wpadła z ulicy ciężarówka, za którą popłynęła rzeka (prawdziwej!) wody. Nie wystraczyło nam czasu na „Terminatora”, „Simpsonów” i w tym roku ma się otworzyć „Harry Potter”, to z pewnością będzie hit :) Musze przyznać, że Amerykanie wymyślili maszynke do pieniędzy, że to co stworzyli w Uniwersal Studio jest niewyobrażalnym dziełem połaczenia wyobraźni, techniki i postepu naukowego. Kiedys tam wrócimy na pewno!

Sobota. Odwołalismy wyjazd na Key West. Byliśmy tak zmeczeni, że bolały nas ciała. Mielismy dzien na odpoczynek, ocean i basen wymasował nasze obolałe ciała, gorący sobotni wieczór spędziliśmy w najmodniejszej knajpie Miami – Mangos Tropical Cafe. Olbrzymia knajpa z 3 dyskotekami, na dole scena i bar, na barze tańczące dziewczyny (skórzane kozaki, kabaretki, panterkowe bikini), do tego kubańska muzyka na żywo, pokazy salsy, samby, tańców Michaela Jacksona, pyszne menu, sam szef doglądający czy goscie są zadowoleni a w toalecie damskiej możliwość zrobienia sobie makijażu, manicuru, zaś w męskiej strzyżenie, golenie i zakup perfum :) Wyszlismy odurzeni muzyką z pamiątkowymi kielichami do Mohito i spacerem przeszliśmy kilkanaście przecznic do naszego hotelu, podziwiając nocne życie Miami. Panowie mogli nacieszyc oko, gapiąc się (dosłownie) na wypolerowane auta, które widzieli jedynie w gazetach czy programach motoryzacyjnych, a które tu były na porzadku dziennym. A mnie kręcił sam klimat miasta, ludzie, otwarte knajpki, restauracje, dyskotki, których dzwieki wylewały się nadmorski bulwar. Wieczor a właściwie już noc zakończyliśmy nad basenem, sącząc Bayleysa.  

Niedziela. Miami i rejs szybką łodzią po zatoce. Predkosc zapierała nam dech w piersiach, w połowie drogi byłam zupełnie przemoczona a włosów nie mogłam rozczesać. Przewodnik pokazał nam apartamenty gwiazd np. Madonny, Sylwestra Stalone, doktora od Viagry, pana Parkera, Glorii Estefan, Enrice Iglesiasia i wielu innych, których nie pamiętam,ale mam nagranych na kamerze. Pomyslałam sobie,ze ciezko być celebryta w USA, kiedy kilkanaście razy dziennie ktos podpływa pod Twój dom z gromada gapiów. Po rejsie zjedliśmy bardzo smaczny obiad w Hard Rock Cafe, obejrzelsimy muzyczne pamiątki gwiazd, kupiliśmy kilka drobiazgów i wróciliśmy do hotelu na popołudniowy odpoczynek w oceanie i nad basenem.

Poniedziałek. Poranny shopping w outletach. Mielismy tylko 5 godzin i nie udało nam się wejsc do wszystkich sklepów. Plastikowa karta bardzo się przydała, obkupiliśmy siebie i rodzine a i tak było nam mało. Marki takie jak Levis, T. Hillfiger, Victoria Secret, Calvin Klein, GAP, Clarks i wiele wiele innych w oszałamiająco niskich cenach. Do tego kupilsimy 3 flakony perfum,za które zapłaciliśmy łącznie tylko 100 USD, bo była promocja. Generalnie cały dzien by się przydał na takie bieganie po sklepach. Po południu był rejs katamaranem,ale zrezygnowaliśmy z niego,chcąc odpocząć. Dobrze zrobilismy, bo spadł deszcz i katamaran musiał zawinąć do portu. Na wieczorna kolacje pojechaliśmy zółtą taksówką (są w srodku olbrzymie!),ale restauracja była marna no i zmarzłam tak, ze musiałam wyjsc na dówr by się ogrzać. Ja nie wiem, jak Ci amerykanie znoszą tak wychłodzone pomieszczenia i im to nie przeszkadza, wszedzie są rozebrane małe dzieci,nikt nie narzeka a my ciagle marudziliśmy,ze nam za zimno.

Wtorek – wylot. Od rana pakowanie, do godz. 12.00 musielismy się wymeldowac z pokoju a wyjazd był dopiero o godz. 16.00. Z jeszcze jedna para wykupilismy dodatkowe godziny ich pokoju,dzieki czemu mogliśmy bezkarnie lezec nad basenem a potem po kolei się wykapc, przebrac i do konca spakowac. Na plazy ratownik osobiście wyprosił nas z wody, najpierw gwizdał z wieżyczki, potem wziął bojke i pofatygowal się na brzeżek. Wytlumaczyl nam, ze jest odpływ, tuż przy brzegu jest dziura, która wciąga w głąb oceanu i musimy się przenieść kawałek dalej na mielizny. Grzecznie wyszliśmy z wody, zabraliśmy reczniczki i szaleliśmy z falami na plazy obok. Po powrocie z plazy wysączyliśmy ostatnia Pinacolade serwowana przez uroczych barmanów przy basenie, lunch z grupą i wyjazd na lotnisko. Na szczescie lecieliśmy normalna trasa czyli przez Atlantyk, wiec podróz do Zurichu trwała niecałe 9 godzin, do tego w nocy, dostaliśmy poduszeczki i kocykie,wiec można było jakos drzemac. Niestety, jak nigdy przezyłam lądowanie długie (lecieliśmy na prawie 12 tys. metrów) i jak dla mnie niespokojne, żólądek podchodził mi do gardła, modliłam się,by koła wreszcie dotknęły ziemi. Kiedy poczułam,ze wreszcie wylądowalismy popołyneły mi łzy wielkiej ulgi. A dalej zanim się obejrzeliśmy już siedzielismy w samolocie do Warszawy, bylam tak zmeczona,ze wsiadłam, zapielam pasy i z mety zasnęłam, przespałam start, obudzialm się godzine pózniej, kiedy stewardessy serwowały kanapki i napoje. A potem już oczekiwanie w napieciu na bagaż (będzie, nie będzie?), pozegnanie, nasze auto i jazda do M. Zajechalismy, kiedy Bartus wlasnie zasnął, oczywiście do pozna opowiadaliśmy wrazenia, rozdaliśmy prezenty i słuchaliśmy jak to się Bartek dobrze sprawowal, choc siostra przyznała się,ze odliczała każdy dzien do naszego powrotu.

Środa – powitanie z Bartkiem. I tu dla nas bolesna niespodzianka. Nie było okrzyków radosic, pisków, było zaskoczenie, zawstydzenie, tak jakby o nas zapomniał. Dopiero po chwili przyszedł, przyglądał mi się z uśmiechem i jakby po chwili otworzyla mu się odpowiednia klapeczka,ze mama i tata pojawili się w domu. A potem już z nas nie schodzil, w swoim jezyku opowiadal,szalal w ogrodzie a nam się wydawalo, ze urosl z 10cm, spoważniał, wystudzil emocje. Doszlismy do wniosku,ze dziecko chowające się z rodzeństwem nie ma tylu atakow złości, ze nie wymusza krzykiem, bo nie ma na to czasu, rodzice pedza do drugiego dziecka, ze szybciej zaczyna mowic i ze wiecznie nie wisi na mamie, bo w tym przypadku 10-letnie dziewczynki są super kumpelami do zabawy. Szkoda,ze nie mam w domu takiego starszaka, byloby mi łatwiej a Bartkowi weselej. Do domu wrocilsimy w sobote wieczorem, zmeczeni, zawaleni 4 walizkami ubran do prania,ale szczesliwi,ze wreszcie w domku, choc myslami jeszcze w Miami. Do tej pory jest tak,ze zerkamy na zegarek i wspominamy co się dzialo tydzień temu o tej porze.

Resume. Stany zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Podoba mi się otwartość ludzi, to,ze wiele osób zaczepialo nas słysząc obcy jezyk i chcąc z nami po prostu pogawędzić. Temperatury i ocean rozkoszne, dla nich mogłabym mieszkać na Florydzie i nie przeszkadzałby mi fakt,ze samych Amerykanów tam jak na lekarstwo, większość to Latynosi. Przeraziły mnie porcje serwowanego jedzenia, wszędobylskich i głownie serwowanych hamburgerów i hot-dogów w rozmiarze XXXXXXL, do których zawsze dokładane były frytki, przez co widac ludzi otyłych. Wyjazd rozbudzil we mnie powrotu do Stanów, marze o Nowym Yorku i wiem,ze tam polecimy za kilka lat. To była jedna z wysnionych przeze mnie podrózy, dzieki mojemu R., który przez kilka miesięcy ciezko pracowal, byśmy oboje mogli tyle przezyc i zobaczyc. To był czas tylko dla nas, czas którego nie mieslimy od prawie 2 lat. Odpoczelismy, nacieszylimy soba, choc drobne spiecie tez sie trafilo. I tradycyjnie po raz kolejny dochodze do wnisoku,ze jestem szczesciara mając obok siebie R.:)

Ponieważ mam otwartego bloga, zdjęcia rozesle mailem, kiedy je tylko ciut pomniejsze :)

Tym, którzy dotarli do końca, dziekuje za uwagę :)

 

00:34, fischerwoman
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3