RSS
poniedziałek, 30 maja 2011
Rodzinny tydzień :)

Rodzice przyjechali w piątek dwa tygodnie temu. Byłam dziwnie spokojna i przygotowana. Oczywiście każdy wieczór był przegadany do późnych godzin, zresztą mój Tato to prawdziwy gawędziarz, non stop coś opowiada. Stwierdziliśmy z R., że Bartek mówiłby już dawno temu, gdybyśmy mieszkali z dziadkami :)

W sobotę wyprawiliśmy zaległe urodziny R., imieniny Bartka i moje imieniny. Od rana szorowałam taras,meble ogrodowe, myłam okna, bo do piątkowego wieczoru na tarasie urzędowali cieśle, stawiając dach i mimo faktu,że po sobie ładnie sprzątali, to i tak miałam co robić. Na godz. 17.00 przyjechali teściowie, R. przywiózł babcię, przyszli jedni, drudzy i trzeci bliscy sąsiedzi. Z moimi rodzicami było nas 16 osób! Toż to małe wesele :) Dwa Dakłasy i tort węgierski poszły niemal w całości, wszelkie sałatki, ryby, pieczone mięsiwa i grillowane kiełbaski ginęły w oczach. W pewnym momencie obawiałam się, że nie wystarczy jedzenia i wspinałam na kulinarne wyżyny robienia jedzenia z tego,co było w lodówce. Nie spodziewaliśmy się po pierwsze, ze na części "konkretów" zostaną teściowie i babcia R. Oni zawsze po kawie i cieście opuszczają towarzystwo, tym razem zostali i byliśmy miło zaskoczeni :) Bartek z rówieśniczką T. pięknie się bawili:  biegali,chowali się w domku, zjeżdzali ze zjeżdzalni a potem nawet były przytulanki na trawie. Pokładaliśmy się ze śmiechu,kiedy T. położyła się na trawie a Bartek, jak to teśc stwierdził, bawił się w doktora :)) Dzieci poszły spać ok. 22.00 a my posiedzieliśmy niemal do północy i to na dworze, bo tego dnia pogoda była wyśmienita.

W niedzielę pojechałam z rodzicami i Bartkiem do arboretum na dni różaneczników. R. został w domu. Było sporo ludzi, niestety Bartek nie wykazywał zbytniej chęci do chodzenia na nóżkach, wiec połowę spaceru niosłam go na rękach. Za to na placu zabaw szalał z dziećmi i wyszedł stamtąd czarny :) Zapomniałam wziąć aparatu a rodzice chcieli mieć pamiątkę z różanecznikami, wiec we wtorek wróciliśmy tam ponownie. Tym razem wzięłam wózek i na moje szczęście Bartek cały spacer w nim przesiedział. A ja już chciałam wózek sprzedać... Oczywiście pojechałam z Bartkiem na plac zabaw,ale okazał sie być pusty,wiec i moja latorośl zrezygnowała z zabawy. Wiadomo, bez dzieci zabawy nie ma. Zrobiłam rodzicom kilka pięknych zdjęć, muszę wywołać i je wysłać.

Po wtorkowym spacerze po arbeoreum Tato zorientował się, że zgubił kluczyk od samochodu i, o zgrozo, w domu nie ma zapasowego. Boże, co było nerwów. Mamę ciągle uciszałam, by nie komentowała calej sprawy, bo widziałam jak tata jest zdenerwowany i nie chciałam by mama dolewała oliwy do ognia. Postanowiłam, że pojedziemy po śladach i sprawdzimy każde miejsce, w którym byliśmy. Na parkingu pod kościołem niczego nie znaleźliśmy,ale już w kasie arboretum pani powiedziała, że ktos znalazł klucz. Nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście! Chyba cała oklica słyszała huk spadającego kamienia z tatowego z serca :) W najbliższym sklepie kupiliśmy pani największą bombonierkę :)

W czwartek zaprosiliśmy moich rodziców i teściów na obiad do Młyńskiego Koła. Był to obiad z okazji Dnia Matki i awansem z okazji Dnia Ojca. Jak zwykle było pysznie i wesoło, choć rachunek strasznie wysoki. Nic to, ostatnio na takim obiedzie byliśmy 5 lat temu :) Niestety za długo nie posiedzieliśmy,bo Bartek wytrącony przez obecność dziadków z rytmu dnia, przestał spać w południe i wieczorem ledwo się trzymał na nogach. Wracając do domu, robiliśmy wszystko, by Bart nie zasnął w aucie.

W piątek rano byliśmy z Bartkiem u alergologa. Pani doktor przeprowadziła z nami wywiad, osłuchała Bartka, obejrzała i stwierdziła, że dopiero jesienią możemy spróbować testy skórne, na razie mamy nawilżać skórę, obserwować, nie eliminować żadnego pokarmu,ale skoro podejrzewam kakako i czekoladę to zmniejszyć spożycie (juz to zrobiłam miesiąc temu). W razie pogorszenia stanu skóry mamy podawac przez tydzień Aerius. I zameldować się jesienią. Ulżyło mi, że nie robimy nic więcej, wystarczy, ze ja sie faszeruje lekami...

W sobotę mieliśmy pojechać do P., ale jakoś nie mogliśmy się wygrzebać. Przez te 10 dni wstawaliśmy dosyć późno (tylko biedny R. wcześnie, bo jechał do pracy), śniadanie późne i długie, potem kawa i znowu rozmowy, zanim się obejrzeliśmy było południe lub już popołudnie i szykowaliśmy obiad. Muszę powiedzieć, że siedziałam tylko podczas posiłków, ciągle albo sprzątałam albo pichciłam. Mama pomagała,ale wiadomo, że w moim domu to ja grałam pierwsze skrzypce. Rodzice pojechali w niedziele przed południem. Z jednej strony odetchnęliśmy, z drugiej już mi ich brakuje. Dobrze, że zobaczymy się za półtora miesiąca :)

A dziś od rana prałam i suszyłam na dworze wszlekie pościele, ubrania Bartka. Biore się też za siebie, bo przez te 10 dni za bardzo dogadzałam sobie kulinarnie i poszło w bioderka jak nic :( Próbuje położyć Bartka w południe,ale nie chce spać, nie wiem, czy tak już zostanie czy uda się wócić drzemki. Wieczorem jest tak zmęczony, że byle szczegół wytrąca go z równowagi i w kąpieli jest mega awantura (Doranku, jak widzisz u nas podobnie) :( Poza tym musimy wrócić do opiekunki, bo znowu Bartek non stop wisi na mojej nodze i słysze "mama, mama" od świtu do nocy...

W sobotę minęły 4 tygodnie odkąd Bartek nie  nosi pieluszki. Oczywiście są dni kiedy pięknie woła, są  suche noce,ale są też dni jak dziś,kiedy 5 razy przebierałam Bartka, bo albo się zsiusiał na stojąco po nogach albo popuszczał i dopiero wołał. A z niego taki czyścioch, że mokra plamka na majteczkach czy spodenkach i od razu się rozbiera,by go przebrać. Wszelkie rady w stylu:"jak polata w mokrych majtach, od razu zacznie wołać" nie mają racji bytu,chłopak się od razu przebiera:) Są i noce mokre, nawet już o północy. Wtedy przebieram Bartka śpiącego,a on tylko wystawia rączki, nóżki, bym mu mogła suchą piżamkę założyć, nawet suche podkłady wkładam pod niego,kiedy śpi :) Dobrze,że teraz jest tak ciepło, bo wyprane pościele czy kocyki schną w godzinę :) Cieszę się, że nie ma pieluszek, to duża ulga dla porfela a i wygoda. Już dwa razy podczas spaceru Bartek  podlewał kamyki i trawkę na stojąco, choć widzę, że jeszcze takie siusianie ciężko mu idzie, musi się chłopak przełamać psychicznie.

Wierzyć mi się nie chce, że pojutrze jest już czerwiec i za miesiąc jedziemy na wakacje. Kalendarz mamy zapłeniony kilkoma wizytami u lekarzy, zebraniem w przedszkolu, urodzinami i imieniami, fryzjerem, kolejnym zastrzykiem, próbami chóru (ostatni miesiąc) a jeszcze bym chciała się z Mafią i koleżankami z firmy spotkać. I niby mam na wszystko 30 dni a i tak mało :(

Zadaszenie tarasu wyszło wspaniale. Moje obawy o ciemny salon w ogóle się nie sprawdziły, za to już od rana można zasiąść na ławce i cieszyć ciepłem, zajadając śniadanko. Zresztą większość posiłków przenieśliśmy na zewnątrz i nasze życie toczy się w ogrodzie. Dlatego na internet mam coraz mniej czasu,ale to chyba dobrze, prawda? :) W naszym ogrodzie znowu grasuje nornica,wiec polowanie zaczęliśmy i wprowadziła się żaba - brzydka jak noc listopadowa,ale niech jest. I kwitną kwiaty, cała rabata kwiatów:irysy, łubin,krzewuszki, maki, ostróżki, szałwie, bratki, stokrotki, zaraz będą piwonie, malwy i margarety. Lawenda odurza zapachem,w korytach i donicach pokładają się lobielia i milion dzwonków :) Wczoraj zerwałam pierwszą poziomkę, kalarepki, ogórki, cukinie, koper, bazylia i szczypiorek rosną jak szalone :) Za chwilę po raz drugi obłamię rabarbar i zerwiemy pierwsze porzeczki :) Grzebię w ziemi, cieszę oko kolorami. Uwielbiam wiosnę i lato, mogłabym tak non stop :) Muszę zrobić kilka zdjęć.

21:12, fischerwoman
Link Komentarze (6) »
czwartek, 19 maja 2011
Alergiczka :(

W poniedziałek rano znowu wylądowałam u lekarza, wstałam z wysypanymi plecami, pokrzywką błyskawicznie rozchodzącą sie na całym ciele. R. Wział pół dnia urlopu, pojechałam do lekarza, dostałam zastrzyk,nadal przyjmuje leki przepisane w sobote, zrobiłam badania z surowicy krwi - wyszło, że jestem uczulona na brzozę, olchę, psa, roztocza. Robie kolejne badania. Za tydzień idziemy do alergologa z Bartkiem, wizyte mamy umówioną od ponad 2 miesięcy, bo nasza pociecha miała ostatnio mocno pogorszona skórę. Lekarz powiedział, że można się uczulić w każdym wieku a ja muszę na siebie teraz uważać. W drugiej połowie roku mam zrobic testy skórne, za tydzień kolejne spotkanie z alergologiem, z kolejnymi wynikami badan. Dziś przyjełam pierwszy zastrzyk Zoladex'u, jakby mi było mało, jeszcze ze sztuczną menopauzą przyjedzie mi się zmierzyć.

Jutro przyjeżdżają moi rodzice, w sobote robimy zaległą kawę urodzinowo-imieninową dla rodziny i sąsiadów. Rodzice zostają na cały tydzień :) Więc codziennie z Bartkiem szykujemy się na przyjazd dziadków, robimy zakupy, sprzątamy. Dziś popołudniu jest opiekunka, a my z R. jedziemy poszukać dla mnie kilku zaległych imieninowych pezentów :) 

Myśli mi sie nie kleją, leki lekko ogłupiają. Muszę wziąć się w garść i do roboty!

 

09:37, fischerwoman
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3