RSS
czwartek, 30 maja 2013
Warszawa da się lubić :)

Podróż do stolicy minęła bardzo szybko, choć duchota w pociągu powoduje, że po niespełna 4 godzinach czułam się jakbym dostała obuchem w łeb.

Pierwszy zgrzyt na dworcu centralnym - chcemy kupić bilety w biletomacie, podchodzi do nas czysty i schludny facet, oferuje sprzedaż biletów, bo potrzebuje na coś tam pieniędzy, owszem kupujemy te bilety,by pomóc człowiekowi. W autobusie się okazuje, że mój bilet jest dobry, bilet
Bromm niekoniecznie – nie masz cwaniaka nad Warszawiaka :( Bromm próbuje kupić nowy bilet w biletomacie w autobusie-gotówką zapłacić nie może, tylko kartą, ale automat jej karty nie przyjmuje... Zanim kupiła nowy bilet, wysiadamy. Krótka chwila odpoczynku w hotelu, przebieramy się i lecimy na spektakl do Teatru Komedia "Ostra jazda". Niestety, Warszawa w remontach, w życiu byśmy nie zdążyły dojechać komunikacją miejską, taksówkarz nas ratuje i dowozi do teatru na kwadrans przed spektaklem.

Sam spektakl to dwugodzinny powód do uśmiechu, obecność aktorów niemal na wyciągnięcie ręki (Baka, Jankowski, Żak, Kamińska). Julia Kamińska, choć aktorką z wykształcenia nie jest, dawała sobie świetnie radę w gronie doświadczonych aktorów, więc nabrałyśmy dla niej szacunku. A chude to takie, połowa z tego, co w "Brzyduli" :)

Po spektaklu mapa w rękę i ruszyłyśmy na Warszawę. Niestety, jak się rozpadało,tak juz padało nieprzerwanie aż do wtorkowego wyjazdu. Ale nam deszcz nie był straszny, w niedzielny wieczór odwiedziłyśmy Plac Zamkowy, pobłądziłyśmy po uliczkach, zjadłyśmy całkiem niezłą włoską kolację w Bellini M. Gessler (choć smaki bez fajerwerków - mnie rozczarował fakt, że miałam dostać danie ze świeżym koprem a dostałam z suszonym, niby nic a jednak). Do hotelu dotarłyśmy późnym wieczorem i rozmowom nie było końca - z rozsądku poszłyśmy spać o 2 w nocy.

Poniedziałkowy poranek był leniwy i niespieszny. Za oknem ciągle padało, więc plany, by odwiedzić Łazienki, Powązki legły w gruzach. Zjadłyśmy śniadanie w Złotych Tarasach, obeszłyśmy CH wzdłuż i wszerz i zdecydowałyśmy się na kolejną miejską wyprawę.

Miałyśmy nadzieję na wejście do Sejmu, ale miłe panie w informacji poinformowały nas, że
odwiedziny możliwe są w środę, cóż – na przyszłość będziemy wiedziały. Za to w księgarni obok sejmu obkupiłyśmy nasze dzieci w książki :) Dalej w strugach deszczu i zimnie był Nowy Świat, Chmielna. W butiku By Insomnia kupiłyśmy: Bromm sukienkę, ja dwie bluzki. U Bliklego nabyłyśmy najdroższe pączki świata – 3,10zł za sztukę, wieczorem doszłyśmy do wniosku, że są smaczne, ale żeby za tyle? Na koniec zmarznięte i nieźle przemoczone (pomimo parasola) weszłyśmy do kolejnej restauracji M. Gessler – Gar. Pani Gessler jest niemal na każdym rogu ulicy, specjalnie tych restauracji nie szukałyśmy – wręcz przeciwnie – nie mogłyśmy znaleźć restauracji serbsko-chorwackiej, byłyśmy zmęczone, zziębnięte i głodne, dlatego ponownie padł wybór na knajpę znanej restauratorki. Po obiedzie pojechałyśmy do hotelu, by się odświeżyć i przebrać, wszak na godz. 19.00 jechałyśmy do Sali Kongresowej na koncert Marizy. I to były ponad dwugodzinne czary - aksamitny głos, bezpośredni kontakt z publicznością, wyjście do ludzi (a była pełniuteńka sala), majstersztyk gitarzystów i bębniarza. Na ten czas przeniosłyśmy się w inny wymiar rzeczywistości. Na taki koncert muszę zabrać mojego Tatę, nie jest fanem muzyki fado, ale koncert na żywo w takim wykonaniu porusza najczulsze ze strun a mój Tata-akordeonista jest wrażliwy na każdy rodzaj muzyki i z pewnością zapamięta koncert do końca życia. Po koncercie grzecznie wróciłyśmy do hotelu, by tym razem „tylko” do północy prowadzić nocne rozmowy Polek :)

Wtorkowy poranek równie powolny, przed południem wymeldowałyśmy się w hotelu,pojechałyśmy do Złotych Tarasów, tam śniadanko, ostatnie zakupy i poszukiwanie Bromm pomarańczowej bransoletki pasującej do sukienki. Niby biżuterii dookoła całe mnóstwo, ale królują pastele a my akurat szukałyśmy prawdziwego pomarańczowego koloru-nie ma i tyle. Podróż do domu minęła równie szybko, choć obie czułyśmy zmęczenie. Jak to w pociągach bywa-znowu duszno, dziecko w przedziale, więc o uchyleniu okna nie było mowy, mama zaraz dziecię ubierała w kolejne warstwy. Na dworcu szybkie pożegnanie, Bromm wskoczyła w taksówkę, po mnie przyjechali moi chłopacy. W domu opowieściom nie było końca.

Wiemy jedno – do Warszawy wrócimy na pewno. Mam nadzieję, że znowu razem i w większym mafijnym gronie. Ja także wrócę z R., Bromm pewnie z A., bo oboje panowie nam pisali, że chętnie by z nami pobłądzili po stolicy. Lubię Warszawę, ten coraz większy tygiel kulturowy, gdzie na każdym kroku  mieszają się języki i kolory skóry. Gdzie nad głowami wyrastają szklane wieżowce biurowców czy hoteli – niekonsekwencja architektoniczna, ale i swoisty urok. Jeszcze tyle nie widziałam, w tylu miejscach nie byłam – wrócę tam kiedyś.

 

11:47, fischerwoman
Link Komentarze (4) »
wtorek, 07 maja 2013
Nie mogę...

Nie mogę nacieszyć oczu świeżością zieleni i żółcią mleczy, błękitem nieba.

Nie mogę sie nacieszyć ciepłem i wilgocią wiosny, chłodem wieczoru w murach domu.

Nie mogę się nacieszyć zapachem miasta, które wczoraj było mi dane poczuć-pomieszania barowego jedzenia, z ciepłym kurzem chodników, spalin i wiosny w powietrzu. Taki zapach jest wspomnieniem tego,co było wiele lat temu,kiedy całe moje życie toczyło się w mieście a teraz przyjemne nasuwa wspomnienia.

W końcu nie mogę przestać się uśmiechać na wspomnienie wczorajszego spektaklu w Teatrze Wielkim "Berek, czyli upiór w moherze" - aż mi się łzy śmiechu kulały po policzku :)

Tyle dobrego w takich błahostkach :)

PS. na przemian przebiegłyśmy i przeszłyśmy te 5km- z bólem kolana dotarłyśmy do mety,za to z gromkim dopingiem :) Na koniec była drożdżówka i woda mineralna. Medal też jest :)

20:13, fischerwoman
Link Komentarze (4) »