RSS
niedziela, 03 czerwca 2012
Jestem, chodzę, żyję w realu.

Jestem tu i teraz. Żyję w realnym świecie i na ten wirtualny czasu brak.

W domu dobrze, z Bartkiem dobrze, choć w placówce miewa lepsze i gorsze momenty - jak każdy z nas.

Zaczęłam chodzić. W weekendy udaje mi się wyjść rano, jeszcze przed śniadaniem, w tygodniu chodzę pod wieczór. Idę 4,4 km, ale jak zrobię rundę dookoła osiedla, dołokładam jeszcze 200 metrów. Maszeruję. Pot spływa po plecach, pupa dostaje w kość, choć efektów jeszcze nie widzę :) R. namówił mnie na kupno nowych butów do biegania, żadne tam super za 600zł, zwykłe za 179zł Asics, wspaniałe, za duże, wygodne, idealne, takie jak trzeba :) Chodzę dla siebie samej, by się dotlenić, by głowa odpoczęła, ciało dostało w kość, to moje i tylko moje 40 minut. Chodzę w intencji Szwagra. W tym tygodniu Andrzej ma przeszczep szpiku. Leży już w izolatce, jest po radioterapii, dostał chemię, jest bezbronny jak małe dziecko. Szwagra brat dostaje zastrzyki na namnażanie szpiku. A ja chodzę, rozmawiam z tym Najwyższym, wstawiam się, bronię, bo Andrzej to twardziel ateista. I kiedy nie chce mi się ruszyć dupska z kanapy, przypominam sobie, że powinnam, że A. jeszcze 2 tygodnie temu pobiegł 10 km w biegu, miał tylko o 10 minut gorszy czas niż rok temu, choć się oszczędzał a mnie się nie chce iść na szybszy spacer :) Chodzę dla Szwagra, to on mnie namówił 3 lata temu i co roku ruszam wiosną, w tym roku w sposób szczególny. Kiedy w piątek poszłam w wiatr i cięzkie chmury (oczywiście po rozmowie z Andrzejem, namówił mnie, bo marudziłam), wróciłam zmachana,ale szczęśliwa, było dużo ciężej, Andrzej mi napisał:"Największa satysfakcja jest z rzeczy trudnych, tak trzymaj!" :)

To trzymam, zwłaszcza mocno kciuki.

21:32, fischerwoman
Link Komentarze (7) »