RSS
czwartek, 20 czerwca 2013
Papiery zostały rzucone.

Dzisiaj złożyłam wypowiedzenie w korporacji. Powinnam to zrobić za tydzień, ale wczoraj dostałam zaproszona do wzięcia udziału w 3 dniowych warsztatach, które do  niczego mi się nie przydadzą a zaburzą czas, który chcę poświęcić na pozamykanie swoich tematów. Ja zawsze po sobie sprzątam,inni radzą „idź na L-4”, ale ja tak nie potrafię, nie umiem odchodzić z firmy i zostawiać ludzi z kłopotem, z tematami, na które ja przeznaczę chwilę czasu a oni musieliby się wdrażać kilka dni. Ja tak nie umie. Mam miesięczny okres wypowiedzenia, odliczając 2 tygodnie urlopu, zostały mi 3 tygodnie pracy, tyle co nic.

Po rozmowie z szefową poczułam się tak, jakby ktoś rozciął mi za ciasny gorset w okolicach brzucha, jakbym od ponad roku po raz pierwszy oddychała pełną piersią. Kamień spadł mi nie z serca, kamień spadł mi z żołądka. Nie wiedziałam, że miałam w sobie tyle stresu, obaw, lęku, wszystko zgromadzone w połowie ciała.

Co teraz czuję? Ulgę, że podjęłam (razem z R.) odważną decyzję, ekscytację, że zaczynam nowe wyzwanie zawodowe, obawy, że po tym projekcie, który będę wdrażać nie pojawią się inni klienci a ZUS co miesiąc trzeba opłacić, do baku paliwo wlać. Będzie ciężko, skończą się zakupy w CH,
chociaż na jakiś czas. Mam w sobie mieszaninę uczuć. Na razie muszę dojść do siebie, do ładu wewnętrznego, uspokoić siebie, nerwy, złapać dystans i na nowo uwierzyć w siebie. Korporacja skopała moje „ja”, ale też nauczyła wiele nowego i o tym też chcę pamiętać.

Kiedy powiedziałam o swojej decyzji G.(przyszłyśmy do korporacji tego samego dnia, do tego samego działu) nazwała mnie szczęściarą i dodała, że w moich oczach zmieniło się światło. I że widać większy spokój na twarzy. Ona jeszcze chwilę tam posiedzi, ale już od jakiegoś czasu szuka nowej pracy-jej również korporacja nie leży. Widać nie jesteśmy korporacyjnymi lwicami. Jest jeszcze A., też rozpoczęła pracę w 01 marca 2012, tylko w innym dziale. Niedawno zapytałam, czy jest zadowolona, po chwili namysłu odpowiedziała, że marzy, by stamtąd uciec, że ta praca wysysa z niej każdy kropelkę, że w nocy się budzi i na karteczkach zapisuje, co ma jeszcze zrobić w ciągu dnia i jak tylko coś znajdzie, to natychmiast odchodzi. A ja myślałam, że ze mną jest coś nie tak i że nie doceniam "dobrodziejstwa" korporacji....

R. zrobił mi gabinet na piętrze, śmiejemy się że czajnik i kawę też zorganizuję, by nie schodzić na dół i nie odrywać się od pracy. Będę musiała nauczyć się pracować w domu, odcinać się od obowiązków domowych i trzymać wyznaczonych godzin pracy. Lekko nie będzie :)

R. powiedział, że będzie dobrze, powieszę sobie to zdanie nad biurkiem i będę powtarzała jak mantrę. Z natury mam w sobie z natury dość dużo pesymizmu i obaw, ale przy wsparciu R. jestem w stanie uwierzyć, że może się udać :)

 

Więc zaczynam powtarzać: "uda się" ....

 

 

20:04, fischerwoman
Link Komentarze (11) »