RSS
wtorek, 17 czerwca 2014
Karuzela, karuzela...

Pamiętam swoje czasy dzieciństwa, kiedy przyjeżdżała karuzela, to było wydarzenie na pół miasta. Biegliśmy na rynek, gdzie rozpakowywały się tiry ze sprzętem, z wolna powstawały magiczne konstrukcje, by na koniec ujrzeć karuzelę łańcuchową (dużą i małą), diabelski młyn, młot, małe karuzele dla dzieci czy barak z niesamowitą  ilością maskotek, kwiatków z gąbki, myszek w drewnianych pudełkach, które można było zdobyć, strzelając z wiatrówki. Oczywiście wiatrówki były tak koślawe, że nigdy nie udawało się ustrzelić nagrody, w najlepszym wypadku zdobyło się kwiatek (kawałek drucika z gąbczastymi płatkami).

To był czas, kiedy w ruch szły wszystkie oszczędności, drobniaki ze skarbonki, drobniaki z taty kieszeni, czy zaskórniaki poutykane w książki. Dla nas dzieciaków, to były 2 magiczne tygodnie, kiedy  mama nas nie musiała szukać, bo zawsze byliśmy w jednym i tym samym miejscu. A i ile trzeba było się naczekać, zanim się na łańcuchową dostało? Oczywiście w niedzielę było najgorzej…  Tak mi się teraz przypomniało, bo obok przedszkola Bartka pakuje się karuzela – smutne różowe słonie,  samoloty, autka, których nigdy nie widziałam w ruchu. Martwa karuzela to smutna karuzela.

 

 

08:52, fischerwoman
Link Komentarze (8) »
czwartek, 12 czerwca 2014
Bo ja upadłą kobietą jestem.

I to w dosłownym znaczeniu tego słowa. Wczoraj R. pokazał mi nową trasę rowerową – miało być ponad 30km. Pierwszy raz założyłam krótkie rowerowe spodenki,  białą rowerową bluzkę rowerową - cud, miód, malina – wygalantowałam się jednym słowem. Jechało mi się cudownie do czasu, kiedy zgodnie ze wskazówkami R. skręciłam w szutrową drogę, tam nabrałam tempa, bo droga jak stół prosta, aż w jednej sekundzie przede mną wyrosła dziura tak głęboka i rozległa,że nie było szans jej ominąć. Tak gwałtownie zahamowałam, że przeleciałam przed przód roweru, całym ciężarem upadłam na prawy bark i tylko się rozglądałam, czy aby kto we mnie nie wjedzie… Na szczęście droga była rzadko uczęszczana. Wstałam czarna jak górnik prosto ze szychty schodzący, krwawiące lewe kolano, zdarta prawa łydka, zbite biodro a co najgorsze zbity (mam nadzieję, że nie zwichnięty) prawy bark. Już nie pamiętam, kiedy tak się wyłożyłam – chyba jeszcze za dziecięcia. Dobrze, że w bidonie zamiast Isostara miałam zwykłą wodę, bo mogłam przemyć rany i trochę czarny szutr z siebie zmyć, ale bieli na moim ubraniu nie można było już uświadczyć. Na domiar złego zaczęły mnie gryźć komary, do rany na kolanie dobierać muchy końskie a kawałek dalej kompletnie się pogubiłam i nie wiedziałam, jak mam jechać. Błogosławieństwem był GPS w telefonie i uruchomione Endomondo, bo R. widząc mnie  on-line z domu, pokierował na właściwą drogę.

 

Dzisiaj liżę rany, nowe siniaki odkrywam, kiecki to ja długo nie założę, zobaczymy, co dalej z barkiem – biegi w aucie wrzucam oburącz (zwłaszcza dwójkę i wsteczny), od biedy zakładam biustonosz, ale lewa ręka poszła w ruch i prawą jak tylko mogę, to odciążam. Mój niedzielny wyjazd na rajd rowerowy (gdzie ma być Marucia także) stoi pod wielkim znakiem zapytania, bo chyba nie dam rady kierownicy utrzymać i po dziurach jeździć.  

Ech....

 

13:39, fischerwoman
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2