RSS
środa, 27 lipca 2011
Wakacje :)

W sumie powinnam zaktualizować przedostatni wpis, ponieważ nie udało nam się wyjechać tak,jak planowaliśmy. Wieczorem Bartek dostał się do apteczki z lekami na wyjazd i wypił całą butelkę syropu przeciwgorączkowego. Pół dnia pilnowałam apteczkę jak oka w głowie, R. wrócił z pracy, dokupił kilka leków, które spakowałam i w trakcie rozmowy odłożyłam apteczkę na stertę bagaży, bo zaraz mieliśmy je nosić do auta. R. jadł obiad,rozmawialiśmy, nagle zaniepokoiła nas cisza. Kiedy oboje poszliśmy do salonu, zastaliśmy Bartka siedzącego na podłodze z pustą butelką po syropie L Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie- telefon do pediatry, która kazała wywołać wymioty-nie udało się, pojechaliśmy wiec do szpitala. Tam Bartek został przyjęty na oddział, kazano nam go rozebrać i wyjść, bo miał płukanie żołądka. Został w szpitalu na noc, pobrano mu krew, dostał kroplówkę z lekiem osłonowym. Ponieważ nie mogłam z nim zostać na oddziale na noc, R. pojechał do domu po kocyk i misia,ja zostałam przy śpiącym Bartku. A potem oboje wróciliśmy do domu, w którym czekała na nas siostra z rodziną. Rano pojechaliśmy do szpitala, okazało się, że wyniki krwi i moczu są w normie, wiec o 10.00 Bartek został wypisany do domu. Zmieniłam rezerwację hotelu w Wiedniu, napisałam maila do kwatery, że będziemy dzień później. I w niedzielę nad ranem ruszyliśmy.

Droga przez Polskę i Czechy poszła w miarę gładko, bo jechaliśmy świtem a potem już do Wiednia były autostrady. Wiedeń przywitał nas deszczem, porywistym  wiatrem i strasznym zimnem, wiec miasto zobaczyliśmy zza okien samochodów. Wiedeń mnie urzekł swoim ogromem, zabytkami tętniącym życiem, z pewności a tam pojedziemy we dwójkę z R.. Przepyszny obiad we włoskiej knajpie poprawił nam deszczowe nastroje. Rano pojechaliśmy prosto do Plitwic, na campingu rozstawiliśmy namiot i cieszyliśmy się ciepłym popołudniem a dzieciaki szalały na campingowym placu zabaw. Noc była chłodna i deszczowa, wiec naprawdę zaczęliśmy się niepokoić o nasz urlop i odpuściliśmy sobie plitwickie jeziora w deszczu. Po śniadaniu pojechaliśmy prosto do Pisaka, a tam nadal deszcz, wiec zwłaszcza siostra miała morową minę. Dobrze, że mieliśmy choć bardzo komfortową kwaterę - 3 pokoje, kuchnię z jadalnią, łazienkę i dwa tarasy tuż nad samą plażą – skarpą w dół 50 metrów. Z naszych okien i tarasu mieliśmy nieziemski widok na morze i wyspę Brać J

Właściciel kwatery zapewnił, że od następnego dnia będzie prawdziwe lato. I się chłopak nie mylił, bo od rana czekało już na nas słońce oraz czysty, choć jeszcze chłodny Adriatyk. Podczas pobytu w Chorwacji zwiedziliśmy tylko Split  i Omisz (my po raz drugi)  a tak naszą codziennośc wypełniały zabawy w wodzie i wylegiwanie się na plaży, spacery do sklepu i czasami kolacja w portowej knajpie (drogo jak smok!) , a wieczorem, kiedy dzieci spały, przy lokalnym winie, toczyły się nocne Polaków rozmowy J  Żywiliśmy się głownie tym, co przywieźliśmy z  Polski, ale z miejscowych specjałów główne role odgrywały: przepyszny okrągły chleb, soczysty arbuz, lekko podsuszone figi, świeże morele i winogrona, a wieczorami piwo Ożujsko i albo słodkie wino Prosek albo różne wina wytrawne a do tego czarne niewypestkowane oliwki. Pycha! Właściciel kwatery hodował przy naszych tarasach pomidory, którymi chętnie nas częstował.  Największym minusem byli wszędobylscy i bardzo głośni Czesi, zaraz po Niemcach. Na tle tych dwóch narodowości wszyscy Polacy wypadali korzystnie, jeśli chodzi o zachowanie i w apartamentach i na plaży. Pod koniec urlopu nie mogliśmy już słuchać Pepików, wszędzie było ich pełno…

10 dni w Pisaku minęły błyskawicznie, choć już pod koniec meliśmy dosyć upału - codzienie 36-37st. C, w nocy ok. 30st.C. Na dwie ostatnie noce włączyliśmy klimatyzację, bo nie mogliśmy spać. Wspomnieć jeszcze musze, że mój mąż okazał zimna  krew i w asyście mojej siostry podał mi zastrzyk - Zoladex :) Podał go idealnie,bo byłam u gina i wszystko jest perfekcyjnie :) Oczywiście zastrzegł, że zrobił to tylko pierwszy i ostatni raz, kosztowało go to za dużo nerwów. Cała nasza trójka miała niezłego stracha.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o plitwickie jeziora zadeptane przez turystów, pomimo środka tygodnia – nie wyobrażam sobie, jakie tam są tłumy w weekend. Ponieważ było bardzo gorąco, postanowiliśmy nie spać pod namiotem w Plitwicach, tylko wyruszyliśmy w drogę do Wiednia, gdzie czekał na nas hotel. I znowu w Wiedniu prze większą część dnia lało i było zimno :(Mieliśmy zostać tam 2 dni, ale  z uwagi na pogodę skróciliśmy pobyt  do jednego dnia, obejrzeliśmy dom Hundertwassera, zjedliśmy w cukierni tort Zachera (jak dla mnie żadna rewelacja-słodki murzynek i tyle J) i popołudniu wyruszyliśmy do Polski. Tuż po przekroczeniu polskiej granicy dostaliśmy mandat za przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym, a dalej już było tylko gorzej – same radary, wąskie drogie, jakieś drobne remonty,ale przy okazji ruch wahadłowy, wyprzedzanie na trzeciego, aż wstyd, bo za rok na Euro 2012 lepiej nie będzie. Do domu zjechaliśmy o północy. Siostra z córką i szwagrem odpoczęli chwilę i ruszyli dalej do domu, by mieć jeszcze 2 dni wolnego przed powrotem do pracy. Rozpakowywanie bagaży zajęło nam pół dnia i w wyniku przetrząśnięcia wszystkich rzeczy, udało nam się uniknąć wprowadzenia do domu emigrantów z Chorwacji w ilości 3 sztuk-duże karaluchy czy coś w tym stylu. Nic nie biegało po kwaterze, ale dużo rzeczy mieliśmy na tarasie a tam wśród roślin był cały mały zwierzyniec i część z niego zabrała się z nami.

Muszę powiedzieć, że te wakacje były lepsze niż rok temu, lepiej wypoczęłam, opaliłam, wygrzałam kości, nawilżyłam skórę (dla moich suchych dłoni zbawienna jest morksa woda). Sama podróż z tyłu z Bartkiem była naprawdę przyjemna. Nasze dziecię uwielbia jeździć w dalekie trasy, w ogóle nie marudzi, pięknie siusiu, trochę śpi, trochę ogląda dvd a najczęściej ogląda książeczki albo widoki za oknem. Mnie już język kołkiem stawał od opowiadania Bartkowi ciągle tych samych książek,ale taka była moja rola podczas podróży, wiec dzielnie opowiadałam :) Dobrze, ze po Chorwacji R. miał jeszcze tydzień urlopu, mogliśmy się wspolnie nacieszyć naszym domem, wspólnymi śniadaniami i mieliśmy czas, by doprowadzić do ładu ogród po dwutygodniowej nieobecności oraz przygotować się do przyjazdu Holendrów. Ale o Holendrach napiszę w następnym wpisie, bo to zupełnie  inna historia. 

 A oto fotorelacja (ps. przepraszam za ten miszmasz zdjęciowy,ale ja za choinke nie potrafie załadować zdjęć jednej wielkości i kolejności) :

21:07, fischerwoman
Link Komentarze (8) »
środa, 20 lipca 2011
Zbieram się.

Cali i zdrowi wrócilismy do domu w piątkową noc. R. ma jeszcze tydzień urlopu, wiec cieżko mi się zebrać do chorwackiego wpisu. Ale się zbiorę. W piatek przyjeżdzaja do nas Holendrzy - ją poznałam 4 lata temu, kiedy gościłam w swoim domu jako członkinie zaprzyjaźnionego holenderskiego chóru, jego (jej chłopak) poznam w piątek. Zostają do wtorku. Poszlifuję angielski, szlifierka się znalazła :))))))))

00:14, fischerwoman
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2