RSS
piątek, 27 sierpnia 2010
Krok po kroczku.

Wczoraj w przedszkolu bylo ciut lepiej. Oczywiście dzieci płakały, weszliśmy już na płaczące maluchy, więc Bartek zaparł sie jna wejściu,ale jakoś go przekonałam. Mieliśmy ze sobą ulubiony kocyk (nosi go na karku-owija nim szyje:)) Po godzinie zabaw poszedł do pokoiku z leżaczkami i zaczął bawić się z Jurkiem, wiec przedszkolanka kazała mi wyjść. Siedziałam na pólpiętrze i nasłuchiwałam - nie płakał przez pierwsze 10 minut mojej nieobecności i chociaż panował ogólny płacz, swojego ryk rozpoznałam (najgłośniej płacze w grupie). Po kolejnych 10 minutach przedszkolanka wyniosła go do mnie na rękach. Ubraliśmy się, pojechaliśmy na zakupy i na ciacho w nagrode, że był taki dzielny.

A dziś od rana na wieści, że jedziemy do dzieci, słyszałam "nie, nie". Ale jakoś pojechaliśmy, oczywiscie z kocykiem na szyi i ulubioną książeczką o koparce. Mieliśmy pecha, że trafiliśmy na płacząca Ole, która już płakala w aucie. Odczekałam chwile w samochodzie i dopiero jak Ola z mamą weszły do budynku to wypakowałam nas z auta. Na szczęscie na dole przedszkola są strasze dzieci, które siedzą ładnie przy stolikach, ryzują, malują, a które bardzo Bartka interesują. On by sięnajlepiej poczuł w straszej grupie :) Poszlismy do pani dyrektor na krótką rozmowę, dzis dostaniemy komplet dokumentów do wypełnienia i umowę. Wdrapaliśmy się na górę, zmieniliśmy butki na kapcie,ale znowu płacz dobiegający z sali przyhamował Bartka. Już mi chciał uciekać na dół. Weszliśmy jednak do sali, znowu zaczęłam go zajmować wszystkim, byle tylko nie skupiał się na płaczu dzieci. A scenariusz był ten co wczoraj - malutki Mateusz ze smokiem w buzi na kolnach przedszkolanki, Ola zapłakana i wołająca "mama", Gosia ze stoickim spokojem krążąca po całej sali (ona w ogole nie płacze), Jurek-wczorajszy kumpel Bartka dobijający sie do pokoju z leżaczkami, gdzie i Bartek obrał kurs - juz sie chłopaki integrują, ale z dala od całej reszty. Nie było dziś bliźniaków Ernesta i Huberta, którzy wczoraj strasznie płakali i dobijali sie do drzwi. Pobawilismy sie troche na dywanie i spróbowałam z tekstem "mama pójdzie do auta po ksiązeczkę" i o dziwo nie usłyszałam "nie", tylko "tak". Wstałam, wziełam torebke i wyszłam. Za mną mama Alicji, dziewczynki która strasznie płakała. Usiadłysmy na pólpietrze i zaczełysmy rozmawiac. Widze, ze kazda mama przechodzi to samo piekiełki i rozterki...Z sali nie dochodził płacz Bartka, Ala za to dawała czadu. Przyszła do nas pani dyrektor, porozmawiałysmy chwile, mineła godzina odkąd wyszłam z sali a płaczu nie słyszałam. Ucichły tez inne dzieci, pani dyrektor kazała nam jechac do domu, na kawe czy do sklepu i wrócic za godzine. Gdyby było bardzo źle, ma do nas telefony i zadzwoni. No i jestem na kawie w domu i tutaj klikam. Zaraz jade po mojego zucha. W duszy ciesze sie,ze idzie nam coraz lepiej, choc nie chce zapeszac. Przed nami weekend, w poniedziałek bedzie ciezko,ale powolutku damy rade :)

Dopisek: pani powiedziała, ze Bartek dał rade. Popłakiwał,ale szybko sie uspakajał. Kiedy weszłam bawił sie włącznikiem światła, pokazał mi rysunek i wcale stamtąd nie chciał uciekać. Zła wiadomośc jest taka, ze ta fajna przedszkolanka nie bedzie ich opiekunką, bo odchodzi uczyć w szkole 6-latki. Mam nadzieje,ze nowa pani bedzie miała w sobie równie dużo ciepła i cierpliwości. Dostaliśmy teczke z dokumentami, umową i wyprawką,jutro jedziemy na zakupy. A w poniedziałek mamy wejsc z dziecmi, pożegnac sie i wyjść, juz sie boje.

11:46, fischerwoman
Link Komentarze (13) »
środa, 25 sierpnia 2010
Cieżki start.

Od rana mialam tagiego stresa,ze az czułam serce w gardle. Pojechalismy do Skrzatów przed odz. 10.00, tak sie wczoraj umowilam z pania dyrektor przedszkola. Bartek na wstepie rzucil sie na podloge, pani dyrektor zaprowadzila nas na góre do pokoju dwulatków - Świetlików. Powoli zaczęły przychodzić dzieci, Bartek nie odstepowal mnie na krok. Siedzialam z nim na dywaniku, bawilismy sie, probowalam zaprzyjaznic go a to z Olą a to z Mateuszkiem. Wraz z przyrostem dzieci, upłynnialy sie mamy. W koncu zostalam tylko ja i dwie przedszkolanki. I się zaczęło. Najpierw rozpłakała sie Ola, pani nie potrafila jej uspokoic a jak jej sie udalo, zaczelo plakac nastepne dziecko. Bartek z podlogi przesiadl sie na moje kolana, czulam,ze patrzy na placzące dzieci i za moment wybuchnie. Szukalam roznych atrakcji, by odwrocic jego uwage. Panie dwoily sie i troiły, ale za moment z dwojki placzacych maluchów zrobila sie dziesiatka. Tylko Bartek nie plakal, choc byly momenty,ze juz wpadal w ten odruch placzu,ale szybko robilam cokolwiek, by nie polecialy mu łzy. Bylismy tam poltorej godziny i przez ten czas plakaly niemal wszystkie dzieci. Staly pod drzwiami, probowaly je otworzyc i stamtad uciec. Drzwi zostaly zamkniete na klucz. Panie nie potrafily opanowac placzacych dzieci, ktore i ja wzielam pod skrzydla, by je czyms zając, uciszyc, choc udawało mi się tylko na krótki moment. Przed godz. 12.00 ubralam Bartkowi butki i stamtąd wyszlismy. Poszłam do pani dyrektor na rozmowe, zapytałam czy tak ma byc,ze nie ma mam? Uslyszalam,ze to 3 dzien adaptacyjny i taka jest kolej losu, ja wyjde w piatek. Poryczałam sie, zeszły ze mnie emocje, które całymi siłami trzymałam na wodzy, patrzac na zapłakane twarze. Zapisałam Bartka,ale do piatku mamy czas na podjecie decyzji. Jutro i w piatek tez jedziemy, zobacze jak bedzie. Na dworze spotkalam mame jednego z chlopców, mowila,ze wczoraj byla inna przedszkolanka i zadne dziecko nie płakalo, a mamy tez wychodzily, tylko na krócej. Nie wiem, co o tym sądzic, nie wiem, czy tak sie robi w kazdym przedszkkolu/żlobku, nic juz nie wiem. Ciesze sie,ze to R. bedzie zawozil rano Bartka, mnie bedzie latwiej, no i samemu Bartkowi pewnie tez. To bylo ciezkie przedpoludnie, mam nadzieje,ze jutro bedzie łatwiej.   

 

I jeszcze pytanie: jak wysoce niepedagogiczne jest mówienie płaczącemu dziecku, że jak będzie płakało to mama nie przyjdzie?

14:59, fischerwoman
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3 , 4