RSS
piątek, 30 sierpnia 2013
Takie tam....

Nie da się ukryć, że dzień już krótszy o prawie 3 godziny.  I chociaż letnia pogoda nadal nas rozpieszcza, to już liście brzozy łagodnie lądują na naszym trawniku a w kwaśnej rabatce zakwitły wrzosy. Znak, że jesień za pasem. W wolnej chwili siadam z kawą na tarasie, wygrzewam kości w ostatnich promieniach słońca, w głowie układam różne sprawy i cieszę oko widokiem pola z lekką mgiełką. Lubię koniec lata a początek jesieni. Robi się melancholijnie, przychodzi czas lekkiej zadumy, czyli tak jak słowiańska dusza lubi :)

Przerzuciłam bartkową szafę, sprawdziłam z czego wyrósł po wiośnie a co jeszcze jesienią założy. Mało zostało z wiosny, bo przez wakacje znowu wystrzelił jak sosna (coś koło 5-6 cm w ciągu 6 msc – oficjalnie zmierzymy go w urodziny). Układam w szafie nowe bluzki z długim rękawem (zimowe  wyprzedaże w Endo ratują mój budżet kolejny rok), zamówiłam 10 par legginsów, które Bartek nosi pod spodnie zamiast rajstop a w przedszkolu biega w nich jak w spodniach (i kocha legginsy miłością szczerą i oddaną – gdyby mógł, nosiłby je przez cały rok). Kurtka wiosenna jeszcze dobra, buty również, a jak nie to rozmiar większe też mam -kupiłam wiosną „na oko” a okazały się za duże, za to jesienią będą jak znalazł.

Ja sama mam wszystkiego ponad miarę, grzeszyłabym, gdybym stwierdziła, że nie mam co na siebie włożyć (choć pewnie nie raz z takim westchnieniem stanę w garderobie). Skorzystałam nieco na wyprzedażach wiosennych a na letniej kupiłam świetną kurtkę, Bóg mi świadkiem, że czekała właśnie na mnie. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że to była jedna, jedyna – ostatnia, ma lekko za długie rękawy (gdzie przy moim wzroście to niebywałe!), miała świetną cenę i jest taka, jaką sobie wymyślałam kilka lat temu.  Warto było czekać…. Nowością w mojej garderobie są granatowe kalosze Tommy’ego Hilfigera ze skórzaną cholewką – na jesienną słotę i nieoficjalne wypady jak znalazł.  

Nadal nie wiem, co z Łodzią – dzisiaj znowu zadzwoniłam do S. ale się nie dodzwoniłam. I chociaż raczej tej propozycji nie przyjmę, mimo wszystko jestem ciekawa, co zaproponuje i jak w ostateczności wygląda oferta. Mam nadzieje, że oddzwoni.

U R. klarują się nowe perspektywy, jeśli pójdzie po Jego myśli, będzie dobrze, na pewno lepiej, tylko trzeba trochę cierpliwości i kciuków, by szef nie zmienił zdania i nie wycofał się z nowego pomysłu (a pomysłów to on ma kilkanaście na minutę). Na razie ciiiicho sza,do końca września powinno się wyklarować.  Dla mnie to kop w tyłek, by wziąć się porządnie za firmę, mąż coraz wyżej, to jest do kogo równać, choć kiedy pomyśle o poszukiwaniu w sobie żyłki handlowca – aż mnie zęby bolą, R. twierdzi, że można się tego nauczyć, ale łatwo to powiedzieć handlowcowi z krwi i kości.

W najbliższa niedzielę planujemy rodzinny rajd z Radiem Markury. Bierzemy Młodego, hol do roweru i chcemy przejechać  ok. 40 km. Bartek jak na razie sam najwięcej przejechał 10 km i mógłby dalej, gdyby nam się po prostu trasa nie skończyła. Ale on na tym małym rowerku nie da rady przejechać całej trasy, więc hol się z pewnością przyda. A trasę można przejechać asfaltem i można również ścieżką rowerową – zobaczymy. Najważniejsze,by pogoda dopisała :)

Na koniec musze napisać do Mafijek - cieszę się z naszego wtorkowego spotkania. Jednak blog to tylko promil tego, o czym mówimy i nigdy słowo pisane nie zastąpi spotkania. Planujmy już następne!

Udanego weekendu!

 

 

13:12, fischerwoman
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Mamy nad czym myśleć.

Zanim odeszłam z korporacji, dostałam „cynk” od koleżanki,że menedżer, która miesiąc przede mną odeszła na stanowisko dyrektorskie do innej firmy, szuka kogoś z własną działalnością gospodarczą. Miałam się z nią skontaktować.

W ubiegłym tygodniu wysłałam ładnego maila, napisałam w trzech słowach czym się obecnie zajmuję i w piątek do mnie zadzwoniła. Dostałam propozycje współpracy na kilka najbliższych miesięcy, może rok–skonsolidowanie dokumentacji jakościowej/produkcyjnej dwóch zakładów na pierwszy rzut a na później jeszcze kilka innych zadań. Ludziom tamtejszej firmy,którzy dostali owe zadanie, jakoś to nie idzie, S. wymyśliła, że zatrudni zewnętrzną osobę, świeżą krew, która ten temat pociągnie. Jest jedno „ale”. Firma, w której miałabym pracować znajduje się w  Łodzią 220km od mojego domu, S. widzi mnie tam od poniedziałku do środy, każdego tygodnia przez kilka miesięcy.

I tu jest pole do dumania. Oczywiście nie rozmawiałyśmy jeszcze o pieniądzach, bo pytanie jest czy w ogóle bym się na to zdecydowała? Ja, która nie cierpi wyjeżdżać z domu choćby na jeden dzień (no chyba że jest to wyjazd z koleżanką na przyjemności), ja która rodziny potrzebuje jak tlenu do życia, ja która codziennie rano musi choćby przez minutkę poprzytulać Bartka,wtulić w nos w jego włoski (on też tego potrzebuje), przytulić się do męża, miałabym w każdy poniedziałek o świcie wyjeżdżać (a zimą może i nawet w niedzielę wieczorem) i rozstawać się z chłopakami na całe 3 dni… Dodam, że tam czeka mnie ciężka praca, od samego rana do późnego popołudnia, bo presja czasu i wyniku z pewnością będzie. Kolejny aspekt– musielibyśmy Bartka zapisać do przedszkola do godz. 17.00, bo R. pracuje do godz. 16.00 i dopiero ok.17.00 mógłby go odebrać, czyli Bartek byłby 10 godzin w placówce. Praktycznie przez te 3 dni cała opieka spadłaby na Rafała.  

Z drugiej strony największym argumentem za jest fakt, że to dla mnie duża szansa zdobycia nowego doświadczenia, które wpisze w działalność firmy, nowy kontrakt, który może wcale nie nadejdzie z innej strony? W końcu muszę brać pod uwagę pracę poza miejscem zamieszkania,chyba tylko nie przewidziałam, ze może to być umowa długoterminowa.

Z S.umówiłyśmy się na telefon po 21 sierpnia. R. na pierwszy rzut oka nie pieje z zachwytu, ale wiem, że tego typu decyzje trzeba przemyśleć i podjąć wspólnie i wziąć wszystko pod uwagę.

A Wy co byście zrobiły na moim miejscu?

09:00, fischerwoman
Link Komentarze (6) »