RSS
środa, 30 września 2009
Gryzon histeryk.

To Bartek. Dziś mnie strasznie pogryzł.

Akcja numer 1. Od samego rana płacz, rzucanie sie na podłoge, wrzaski, niepozwalania mi na ubranie sie, umycie itp. Ponieważ Bartek jest na pograniczu samodzielnego chodzenia a chodzenia za rączkę, jest coraz bardziej odważny, puszcza sie, robi samodzielne kroczki a tym samym zalicza więcej upadków. I upadł dzisiaj-wykonał jakiś dziwny piruet, puścił moją rękę, a ze w drugeij rece cos trzymałam, nie zdąrzyłam go chwycić. Uderzył głową o podłogę :( Zazwyczaj pomagało wziecie na ręce, przytulenie, podmuchanie w głowke,ale nie dzisiaj. Dzis rozkreciła sie histeria na maksa. Raz chciał chodzic, raz pakował mi sie na ręce. Kiedy go wziełam na ręce, chciałam prztulic takiego rozhisteryzowanego,wrzeszczącego, ugryzł mnie strasznie mocno w ramię. Zawyłam z bólu,ten wytraszył sie mojego płaczu i zaczął jeszcze głośniej płakać. Wiem,ze nie powinnam krzyknąć,ale on mnie nie ugryzł,on mnie szarpnął zębami, zabolało strasznie. Niby dziecko a ma sile. Nie moglismy z rodzicami uspokoić go z dobry kwadrans. Ja płakałam, on płakał, rodzice probowali pomoc, ale Bartek uciekał,wił sie, rzucał i krzyczał itp. Pomogła dopiero łyzeczka syropu i butelka od syropu do zabawy. Tata zapytał czy czesto sie zdarzaja takie akcje, przez łzy powiedziałam,ze nigdy. Po pół godziny udało mi się go uśpić. Pospał całe 50 minut, ech...

Akcja nr 2. Po drzemce, Bartkowi nawet poprawił się humor. Poszliśmy na górę "podlewać kwiatuszki" tzn wzielismy konewke i chodzilismy od doniczki do doniczki i udawalismy,ze podlewamy kwiaty. Ale w końcu na górze kwiatuszki zostały podlane i chciałam znieść Bartka na dół z konewką, by tę samą zabawę powtórzyć na dole. Kiedy go wzięłam na ręce, znowu uderzył w krzyk i wgryzł się zębami w szyję obok karku. Znowu zawyłam z bólu i poleciały łzy. Bartek chciał mnie jeszce raz ugryźć,ale oderwałam go od siebie i postawiłam na podłodze. Znowu zaczęła się jatka...Mama zabrała Bartka,poszłam do łazienki pochlipać chwilę i zrobic kilka glebokich wdechów, by sie uspokoić. Za chwile Bartek był jak niewiniątko a cała sprawa jakby nie miała miejsca.

Mam dwie bolace malinki, jedna na ramieniu drugą na szyi. Zastanawia mnie,dlaczego on wyładowuje na mnie złośc wlasnie w ten sposob. Wczoraj uderzał mnie po twarzy. Nie wiem, skad on wie,ze w ten sposb mozna sprawic ból, przeciez nigdy nic takiego nie widział, nigdy nie uderzyłam go w żaden sposob. Dzis pomyslałam, ze jak tak dalej pójdzie, bede musiała wybrac sie do psychologa i zapytac specjalisty,jak sie zachowywac,co robic podczas takich ataków złosci. Czuje sie bezsilna, proboje spokojnie reagowac na takie  wybuchy,ale wiem,ze kiedys tego spokoju moze mi zabraknac :(

20:48, fischerwoman
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 września 2009
Pourodzinowo.

Tyle było przygotowań, zakupów, pichcenia jedzenia a tu kilka godzin z rodziną i Bartusiowe urodziny przeszły do historii :)

W przeciwieństwie do chrzcin, zdąrzyliśmy ze wszystkim :) Nie było smażenia na ostatnią minutę, doprawiania sałatek pomiędzy witaniem gości czy rozkładaniem sztućców już przy gościach. Chyba lepiej rozrganizowałam pracę, zarządziłam mniej jedzenia i z większym spokojem podeszłam do samej imprezy.

Przyjechali rodzice, teściowie, siostra z mężem i córką, był chrzestny M.i sąsiadka E.. Kilku osobom nie udało się dotrzeć,  bo np. babcia R. niedawno złamała nogę i jeszcze chodzić nie może, moj brat nie dojechał z G.,bo w połowie drogi zepsuło mu się auto, a sąsiad K. miał akurat dyżur na lotnisku i nie mógł go przełożyć. Ogolnie było miło i wesoło. Przystroiliśmy salon balonami i transparentem "happy birthday" (niestety z polskim napisem nie znaleźlismy). Sam jubilat chyba nie za bardzo wiedział o co chodzi, choć przy śpiewie "Sto lat" uśmiechał sie szeroko. Pomogłam mu zdmuchnąć świeczkę z tortu w kształcie samolotu, który niestety lepiej wyglądał niż smakował. Nauczka dla nas,ze z tej cukierni tortow nie warto zamawiac,bo resta ciast pycha. Z postawionych przedmiotów do wyboru: różańca, kieliszka i pieniędzy (100zł) Bartek od razu wybrał pieniądze, choć zaraz potem zainteresował sie różańcem i dobre kilma minut obracał go w łapkach. R. stwierdził, że w związku z takim wyborem Bartek będzie w cudowny sposób mnożył pieniądze i takiej wersji się trzymamy :) Wieczór minął bardzo szybko a ja sie cieszyłam,ze mam rodzinę tak blisko,choc żal mi było, że A. nie dojechał.

Następnego dnia (w niedziele) po śniadaniu wszyscy oprócz R. który sie rozchorował na grypę, pojechaliśmy na Malte, by kibicowac szwagrowi w biegu na 5600metrów-dookoła Malty. Był to pierwszy w jego życiu oficjalny bieg, trenuje od ponad roku,ale niedawna kontuzja opóźniła kilka startów. Myślałam, że taki bieg trwa i trwa a tu jak wystartowali, tak zaraz byli na mecie. Nam z lodami w dłoniach czas szybciej płynął niż im w takim wysiłku, tym bardziej,ze było bardzo ciepło i słonecznie. Dzis sprawdziłam, że A. pokonał trase w czasie 00:26:18, które miejsce zajął nie wiemy, dowiemy sie dopiero 5 października. W biegu wzięło udział ponad 2 tys. osob, dwóch panów biegło z wózkami miesiecznymi maluchami :) Ot, taki rodzinny był ten bieg. Na koniec wszyscy dostali złote medale, banana i butelke wody mineralnej,a ze szwagier miał jeszcz eurodziny,siostra złozyła mu je przez megafon przy stanowisku komentatora biegu :) 

Popołudniu siostra z rodziną pojechali do domu,za to wpadł na kawę moj brat z E. Posiedzieli 2 godziny i ruszyli w droge powrotnę- ponad 300km. Troche bez sensu,bo pol dni spedzili w aucie,ale ciesze sie,ze nie potraktowali urodzin Bartka jak cos malo waznego i pomimo sobotniej awarii przyjechali chocby na kawe, choc liczyłam na to,ze zostaną do nastepnego dnia.

Do czwartku lub piątku są u nas rodzice i jest mi z nimi naprawde dobrze :)

21:17, fischerwoman
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6