RSS
czwartek, 15 września 2011
Kij w mrowisko.

Postanowiłam wrócić do starej firmy. Tak bardzo tego nie chciałam,czuje że to nie jest moje miejsce, że się tam nie rozwijam,ale... No właśnie jest jedno duże ale - Bartek w przedszkolu, ja szukam pracy i nie chcę już dłużej siedzieć w domu. Powrót na stare śmieci, to zawsze praca, zawsze pensja na koncie i na rozmowach w sprawie nowej pracy nie będę już "wysoką z dzieckiem" w dodatku na urlopie wychowawczym, tylko ten rozdział mogę zamknąć i o nim nie wspominać.

Wczoraj byłam w firmie na rozmowie z szefem własnie w sprawie mojeg powrotu. Do rozmowy dołączyła pani dyrketor finansowa, która ponoć jest szyją przedsiębiorstwa. Szef opowedział mi jak to jest teraz cięzko, bo kryzys, bo surowce podrożały o 100%, pracuje tylko jedna zmiana i powiedział mi wprost, że chcąc mnie przyjąć do pracy, musi kogoś zwolnić. Pani dyrektor dotzuciła, że oni się nie spodziewali mojego powrotu, że nie przekazywałam firmie żadnych sygnałow o powrocie. Odparłam, że bywałam w firmie, chcę wrócić od 02 listopada, więc mają półtora miesiąca na przygotowanie się. Oczywiście nie wiem, czy wrócę na swoje stanowisko, ale dzięki Brommbie mam nastawienie - co ma być, to będzie, dam radę choćbym miał tylko przekładać papiery. Aaa i jeszcze jedno - oprócz pism, które musze złożyć w kadrach, mam również przesłać swoje cv. Jestem tam zatrudniona od 2001 roku a muszę złożyć życiorys... Z rozmowy wyszłam z niesmakiem, bo nie wiem co mnie czeka i ten ton pani dyrektor, chyba się nie polubiłyśmy. Suma sumarum, jesli firma bedzie wiedziała wcześniej co ze mna zrobia, to się dowiem wcześniej, jeśli nie- mam przyjechać 02 listopada do firmy i wtedy sie dowiem. Zajrzałam do innych działów i dowiedziałam się, że współpracownicy cieszą się z mojego powrotu. 

Jak zwykle wizyta w firmie wyprowadziłą mnie z równowagi. Zawsze tak jest, jakby mój organizm sam się bronił przed tamtym miejscem. Takiego chaosu, niezdecydowania w swoim życiu dawno nie miałam. Miotam się w decyzjach, jednego dnia jestm pełna optymizmu i wiary, że mi się uda, drugiego zaniżam swoją wartośc do zera. Zazdroszczę Atram, że ma takie plany, że głowa jej paruje od pomysłow, które wciela w życie. Ze mnie uszłedł cały optymizm i wiara we własne możliwości, mam nadzieje, że kiedyś wrócą. 

Mam ponad miesiąc, by coś dla siebie zrobić. Muszę, bo patrzeć na siebie nie mogę. W DDTVN ogladałam wywiad z Anią Rubik, jaką ona ma cere! Zmobilizowała mnie i 21 września umówiłam się do kosmetolog, by ta obejrzała moją cere i zapodała zabiegi, które ją poprawią. Może jutro skoczę na drobne zakupy, by skompletować stroje do pracy? Przez te 3 lata w domu zupełnie odmieniła mi się garderoba. Jeszcze myslę o tym, by zapisać się na kurs przygotowujący do FCE, bo niby znam angielki,ale pepierów żadnych nie mam i trudno jest okreslić moją nzajomość języka. Obgadam dziś temat z R.

Bartek dzielnie chodzi do przedszkola. Co prawda płacze podczas rozstania z R.,ale bez słowa wchodzi do przedszkola, sam się rozbiera, zakłada kapcie i do sali maszeruje, tylko jeszcze brakuje mu tej odwagi przy rozstaniu. Pani Halinka, Emilka i Romka bardzo go chwalą,że sie ładnie bawi się z dziećmi, wspaniale je posiłki (zupy nawet z dokładkami i je kanapki z szynką, czego w domu nie robi!), chętnie maluje, rysuje, wykleja (już kilka prac mamy w domu) i nauczył się na czas wołać siusiu (kilka delikatnych wpadek zaliczył,ale ma zawsze 2 komplety ubrań na zmiane, wiec pani nie robią problemu). Wczoraj powiedział nowe słowo ("mała" - do tej pory mówił "ma"). Wiem, że to żaden wyczyn, ale my się cieszymy z każdego poprawnie wypowiedzianego słowa, bo Bartkowi mówienie przychodzi z trudem. Najbardziej mnie rozczula, kiedy po niego przyjeżdżam a w szatni mnie głaszcze i mówi "mama je" (co znaczy, że mama jest), na co ja muszę powiedzieć, że przecież obiecałam, że przyjadę i zawsze go ktoś odbierze z przedszkola. Albo wchodzi do domu i z zachwytem mówi "mama dom"- ma tak zawsze,kiedy nawet wracamy z krótkich zakupów - on po prostu kocha swój dom :) Jestem zadowolona z przedszkola, bo choć to zwykła państwówka, to panie zaangażowane i chętne by opowiedzieć, co Bartek robił w ciągu dnia, przez wakacje sale odświeżono, wyposażono w nowe wykładziny, plac zabaw ma nowe sprzęty, wszyscy są uśmiechnięci, nawet panie kucharki znaja Bartka, nikt przypadkowy dziecka nie odbierze, bo bez wylegitymowania się dowodem i sprawdzeniem go z listą upoważnionych, nikt mnie do przedszkola nie wpuści. A i moje dziecko jak widać, musi się tam dobrze czuć, skoro nie zapiera się rękami i nogami przed wejściem.

I jeszcze na koniec dwa słowa o szwagrze - nadal w szpitalu, jest po pierwszej chemii, śledziona ładnie się zmniejszyła, tylko A. ma bardzo słabe wyniki kwi i lekarz nie chce go wypuścić do domu przed drugą chemią (w przyszły weekend), wiec jeszcze do końca września tam zostanie. Ma chłopak dużo silnej woli do walki, nawet nieźle się czuje, tylko taki wolny ptak jak on, sportowiec- maratończyk, czuje się w szpitalu jak w klatce. Wysłałam mu wszystkie kryminały Mankella, jest zachwycony i łyka je po dwie w tygodniu. Nawet mu wysłałam "Piątą kobietę", którą sama przeczytałam w połowie-niech ma i czyta pierwszy. A ja jutro odbiorę w Empiku resztę serii z Walladerem i poślę kolejną paczkę. Najbardziej mnie denerwuje, że tak daleko mieszkam od siostry, bo bym chciała jej pomóc w codzinnych obowiązkach a tu nie ma jak :( 

12:14, fischerwoman
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 05 września 2011
Wysoka z dzieckiem pyta się jak?

Pytam się jak ja mam wrócić do pracy, jak mam przede wszytskim znaleźć nową pracę i do niej regularnie chodzić choćby przez pierwsze 3 miesiące okresu próbnego, skoro mój syn po pierwszym dniu w przedszkolu siedzi od piątku w domu z katarem do pasa, kaszel już przeszedł, na szczęście ocalało pobolewające ucho... Pobił chyba wszelkie możliwe rekordy niechodzenia do przedszkola. Oczywiście wiem, że to całe przeziębienie nie jest tylko wynikiem pierwszego dnia w przedszkolu,ale i cholernej zmiennej pogody - jak upał, to wieje a jak wieje, to o przeziębienie nie trudno. Stres przedszkolny dołożył swoje trzy grosze...

Choć muszę poiwedzieć, pierwszy dzień przedszkola Bartek zniósł naprawdę dzielnie.Za to noc była upiorna. Od 21.00 co godzinę budził się z krzykiem, płaczem, coraz większym katarem i kszalem. Oczywiście w piątek został w domu, pojechaliśmy do pediatry, osłuchała, w gardło i uszy zajrzała (lekkie stan zapalny migdałków i uszu), syropki przepisała i tyle. Do środy trzymam go w domu, niech się kuruje.

Ale wracam do sedna i mojego pytania. Jak sobie w tej sytuacji poradzić? Na teściów i rodziców liczyć nie możemy, w sumie na nikogo z rodziny nie możemy liczyć, bo albo za daleko mieszkają albo sie po prostu do pomocy nie garną a jak już pomogą, to z wielką łaską. Więc co robic? Przecież na R. nie mogę non stop liczyć,owszem deklaruje,że będzie brał zwolnienie w razie choroby Bartka, ale przecież on tez pracuje i o swoją pracę musi dbac, wyrabiac sprzedaż, obroty itd. A inny sposób? Nie mam szans na tak elastyczną opiekunkę, zresztą naszej rzuciłam temat i twierdzi, że będzie nam cięzko znaleźć kogoś od choroby do choroby potomka. Więc co, macie pomysły?

I tak się dołuję pytaniami, wątpliwościami i obawami :( Tydzień temu byłam na rozmowie z pewnym prezesem w sprawie pracy. W weekend znajomy R. przez przypadek w rozmowie z owym prezesem skojarzył mnie i podpytał o moje szanse. Wiecie jak mnie skojarzył pan prezes? "Wysoka z dzieckiem". Nosz kurna! Nie ta, która ma 14 lat pracy, w tym 11 na stanowisku, na które  aplikowałam. Nie ta, która zarzuciła go stosem wymaganych certyfikatów i dyplomów i nie ta, rna sama wdrożyła 3 systemy. Tylko ta wysoka z dzieckiem :( Tak wygląda polityka równych szans w Polsce, polityka prorodzinna i pozostałe bzdety na temat szans matek na rynku pracy. Po moim wieloletnim doświadczeniu zaowodowym została mi etykietka "wysokiej z dzieckiem". I oczywiście pracy nie dostałam, bo nie pracowałam z jeszcze jednym wymaganym systemem :(

I jak sobie zestawię choroby dziecka i moje szanse na rynku pracy, to płakać mi się chce, bo nijak świetlanej przyszłości dla siebie nie widzę :(

Dobrze, że dziś dostałam optymistycznego smsa od siostry. Szwagier jest po dwóch dawkach silnej chemii,ale śledziona się zmniejsza :) I takich właśnie wieści się trzymam, by nie wpaść w psychiczny dołek :)

 

 

[a za oknem walą pioruny i leje deszcz - otworzyłam taras, by lepiej słyszeć i wdychać świeże powietrze :)))]

 

20:06, fischerwoman
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2