RSS
czwartek, 29 października 2009
Aspołeczniak.

W poniedziałek spotkałam się z K. i jej synkiem Jaśkiem. Jaś ma 9,5 miesięca i jest uroczym i pogodnym dzieciaczkiem. Poszłyśmy z K. na spacer, w tym czasie zaczął sie bunt Bartka w wózku, ryki, płacze, wyginanie na wszelkie strony. Pomogło dreptanie na własnych nóżkach. Nie muszę pisać jak się namęczyłam idąc za rękę z niepewnie jeszcze stąpającym Bartkiem i prowadząc wózek drugą ręką po osiedlowych wertepach. Chwilą oddechu miał być super plac zabaw,ale najciekawsza okazał się bramka zamykająca wejście na ów plac zabaw, wiec kiedy Jasiek radośnie uśmiechał się na huśtakach, my radośnie sterczeliśmy przy furtce-ot, syna mam woźnego :) Po ponad godzinnym spacerze K. zaprosiła nas do siebie na herbatkę, z czego chętnie skorzystałam. Niestety, nie było mi dane wypić czegokolwiek, ponieważ na kazdy radosny pisk Jasia, Bartek uderzał w taki płacz, że ledwo byłam go w stanie uspokoić. I co go uspokoiłam, to znowu wybuchał płaczem. A co poradzić na usposobienie Jaśka? Po prostu cieszył się chłopak z obecności kolegi, za to nasz Bartolini nie rozumiał tych okrzyków, stąd napady płaczu. Nie mamy kontaktu z innymi dziećmi, na osiedlu są albo dużo starsze albo maleńkie w wózkach, w rodzinie posucha z dziećmi,wiec nasz nie wie, jak sie zachowywać w obecności innych maluchów. Taki płacz nie pojawił sie po raz pierwszy, nie tak dawno w CH podeszło do Bartka dwoje dzieci, dziewczynka usmiechała sie zalotnie a chłopiec probował pobawić się, ale nie - Bartek uderzył w płacz. Taki coś aspołeczny jest ten nasz syn. Liczę na przyszłoroczne lato, kiedy będzie juz niemal dwulatkiem, bedzie badziej garnął sie do zabawy w piaskownicy, na placu zabaw, to i dziećmi sie dogada :) A z K. nadal będziemy próbowały skumplować naszych chłopaków :)

Za to dziś Bartek był bardzo dzielny. Rano byliśmy na szczepieniu-odra, świnka, różyczka i nawet nie pisnął,kiedy pani podała szczepionke :) Był po prostu zainteresowany drewnianą szpatułką do badania gardła i zanim się obejrzał, już było po szczepieniu :) Przy okazji pani doktor zmierzyła go i zważyła - chłop jak dąb: 81cm i 12kg żywego srebra :)  Bogata jestem, a co! :)

15:22, fischerwoman
Link Komentarze (6) »
wtorek, 27 października 2009
Poimieninowo i pokoncertowo :)

Na imieniny R. zaprosiliśmy teściów i sąsiadów na godz. 15.00, bo ostatecznie ustalismy z R., że jednak w sobote na próbe pójdę. Nasz dydrygent niestety ma to do siebie,ze lubi pewne rzeczy zmieniać tuż przed samym koncertem i obawiałam sie,ze cos mnie ominie i dowiem sie o zmianach dopiero w niedziele. Tesciowie przybyli punktualnie, sasiedzi K. i E przyjechali później. Na samym początku przeprosiłam i wytłumaczyłam swoje wyjscie,oczywiscie wszyscy zrozumieli i problemu nie bylo. Tesciow na koncert nie zapraszałam, bo raz mi odmówili, twierdzac,ze oni za tego typu śpiewem nie przepadają (przy okazji koncertu kolęd-moj pierwszy duzy koncert),bylo mi wtedy przykro,wiec  na kolejne przykrosci sama siebie narażac nie bede. Posiedzielismy przy kawie i torcie węgierskim, porozmawialismy chwile, teściowie poszaleli z Bartekiem. Musze przyznać sprawiedliwie,ze coraz czesciej rece wyciągaja do wnuczka, coraz chetniej sie z nim bawia, jakby nabrali odwagi.Cieszy mnie to bardzo, bo juz myslalam,ze oni zawsze do wnusia beda podchodzic z dystansem. Proba trwała prawie dwie godziny, kiedy wróciłam do domu teściów juz nie było, byli za to K. i E, wykąpalismy Bartka, polozylismy go spac i pogralismy w remika-niestety przegalismy z sąsiadami,ale rewanż umówiony :)

W niedziele rano zaplanowalismy wyjazd na targi modelarskie. Niestety B. zasnął nam w aucie,wiec wrocilismy do CH, zrobilam zakupy na jarmarku staropolskim, przelecialam sie po sklepach, kupilam ciasto na wieczor i pojechalismy na targi. Po raz kolejny zanim zdążyłam zrobic chocby jedno zdjęcie, padł nam aparat, tym bardziej,ze bylo mnóstwo ciekawych makiet kolejowych, zawody wyscigówek zdalnie sterowanych i ogólnie duzo zabawek dla małych i duzych chłopaków :) Za jakis czas R. ma zamiar budowac swoja makiete, ja bede odpowiedzialna za flore i faune,wiec tez sie przy okazji pobawie. Po targach szybko wrocilismy do domu, zadowolilismy sie pizza z Pizzy Hut, ja biegusiem szykowalam sie na koncert, a probe mielismy poltorej godziny przed koncertem. Widac,ze wszyscy mieli mega stresa, nawet dyrygent. Przespiewalismy tylko kilka (z 11) utworów,bo juz ludzie sie zaczeli szybciej schodzic, zreszta wczesniej byli jeszcze zwiedzajacy zamek. Oczywiscie bylysmy ubrane na czarno,wspolnym akcentem byly albo czerwone róze przy bluzkach albo czerwone korale na szyi. I chociaz kazda miala inne korale, wygladalysmy naprawde dobrze :) Udalo mi sie rpzywitac z Audreyka i jej mężęm i M. i J, którzy równie z zaproszenia skorzystali. Nawet R. przyjechał z B. na koncert,ale młody za długo nie wytrzymał i juz na drugiej piesnie musieli wyjsc z koncertu. Szkoda... Niestety nie wiedzialam,ze przed naszym koncertem bedzie gral zespol instrumentów blaszanych, ich wystep zabral ten czas, któy Bartek by wysiedzial na wystepie mojego chóru. Ale co tam, nastepnym razem. Oczywiscie najtrudniejszy byl poczatek,ale jakos poszlo.Najgorzej chyba wypadł drugi utwór, choc kiedy pózniej pytałam znajomych czy rzuciło sie w ucho,ze cos poszlo nie tak, stwierdzili,ze przcietny słuchacz nie jest w stanie bledów wyłapac. Tym lepiej dla nas :) Pomiedzy utworami byly podziekowania dla dyrygenta, zarzadu chóru, wreczanie dyplomów, nagród, prezentów itp. w drugiej czesci koncertu zaspiwalismy kolejen piesni, jedna z zespolem instrumentów blaszanych a na koniec na pozegnanie "Good night sweet heart". Dopiero po koncercie policzyłam,ze śpiewalismy w 5 językach, ale zdolniachy z nas :) Poza tym ten przekrojowy koncert pokazał,ze muzyka chóralna to nie tylko utwory sakralne, to takze mozlwiosc wykonania utworów rozrywkowych, bo nasze "Umowilem sie na dziewiata", "Le champs elysees", "Wesołe jest życie staruszka" czy "Serduszko puka w rytmie czacza" to przeciez szlagiery sceny rozrywkowej. Po koncercie był jeszcze tort i szampan, ja pojechałam do domu, bo M. i J. byli zaproszeni na kawe. Polozylismy B. spac i posiedzielismy z M. i J. do 22.00 gawedząc o tym i owym. Bardzo brakowalo takiego spotkania, dawno sie w czwórke nie widzielismy i nagromadzilo sie tematów od liku. Oczywiscie pozegnalismy znajomych z mocnym postanowieniem rychłego spotkania, choc wiem jak będzie...

Ten jubileuszowy koncert uswiadomił mi jedno, śpiewanie jest jak narkotyk-wciąga mnie bez reszty i ciezko sie od niego uwolnic. Mialam tylko zaspiewac na jubileuszu,ale bede spiewala nadal, jakos sobie poukładamy zycie i mam nadzieje,ze nawet wyjazdy R. pogodzimy z próbami. Teraz mamy tygodniowy urlop, pewnie za moment ruszymy z próbami kolęd, po raz pierwszy zapachnie świętami :)

12:42, fischerwoman
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5